Percy
Annabeth porzuciła monetę do góry. Zamknąłem oczy. W moim sercu zrodziła się ogromna nadzieja, że wypadnie włócznia. Jak bardzo byłem naiwny. Po ponownym otworzeniu oczu ujrzałem długi jak mój własny, lecz wykonany był z pięknego cesarskiego złota. Przeklinałem się w duchu za moją głupotę. Mogłem się powstrzymać i nie oblewać jej wodą.
- Spójrzcie tylko - głos Ann ociekał ironią - nasz Persiaczek ma pietra.
Miałem cholernego pietra. Każdy normalny człowiek by miał. Annabeth jest naprawdę świetna w szermierce.
- Wcale nie mam pietra. - odparłem szybko.
Przecierz moja duma nie mogła ucierpieć.
- To dlaczego jeszcze siedzisz? - nie dawała za wygraną.
- Właśnie zastanawiam się czy dać ci fory. - odparłem złośliwie.
- Nigdy. - ogień znowu zapłonął.
- Nie ułatwiasz niczego. Wiesz o tym? - zapytałem.
- Pamiętasz co powiedziałam ci w twoje 16 urodziny?
Pokiwałem przecząco głową.
- Więc ci przypomnę. Nigdy, ale to nigdy nie będę ci niczego ułatwiać.
No tak było coś takiego. Coś tam mi świta, ale nieważne.
Sięgnąłem do kieszeni po długopis i odetkałem go. W mojej dłoni również zalśniło ostrze. Wykonałem zachęcający do walki obrót !ieszem w dłoni. Blondynka tylko się to mnie usmiechnęła.
W następnej chwili już atakowała. Wykonała obrót wokół własnej osi, lekko przykucając na kolanach, tak żeby mnie podciąć. Wymierzyłem do góry. Kiedy była pochylona wymierzyłem cios w plecy. Niestety . Przeturlała się po podłodze. Otrzepała się z niewidzialnego kurzu i stanęła na nogi.
Wszyscy przyglądali się tej scenie. Jedni z podziwem inni z uśmiechem na ustach, a jeszcze inni przerażeniem jakbyśmy się mieli pozabijać. Nie wiadomo kiedy dziewczyna znalazła się za moimi plecami o wymierzyła mi kopniaka w zgięcie kolana. Runąłem jak długi i przetoczyłem się przez pokój. Wstałem i wręcz podbiegłem do dziewczyny. Zmyliłem ją udawając, że chce zaatakować jej prawy bok, a tak naprawdę zamachnąłem się z całej siły bronią i podciąłem jej nogi. Teraz to ona leżała jak długa. Podszedłem do niej i wbiłem koniec miecza w podłogę tuż obok jej głowy. Drgnęła.
Podałem jej rękę żeby pomóc dziewczynie wstać. Stanęła do mnie tyłem. Chciałem się z nią trochę podroczyć więc Podszedłem do niej i od tyłu przytuliłem przykładając jej miecz do krtani.
- Nie wiesz, że nigdy nie staje się do wroga tyłem? - zadrwiłem i opuściłem ostrze nadal tuląc dziewczynę.
Nie mrugnąłem, a ona obróciła się przyparła mnie do ściany i uderzyła rękojeścią miecza w ścianę obok mojej głowy. Najwyraźniej nie chciała pocharatać mi ścian.
Ogień w jej oczach przybrał na sile.
- A ty nie pamiętasz żeby nigdy nie tracić czujności, bo możesz mieć kuku? - tym razem to z jej ust wyrwała się drwina.
Cholera, znowu dałem się zrobić w balona. Na jej nieszczęście to jeszcze nie koniec.
- Okej. Wygralaś, masz racje, a teraz możesz mnie już puścić.
Przez chwilę wyglądała jakby się zawiesiła, lecz zaraz odzyskała myślenie.
- Co? - zdziwienie błąkało się w jej oczach - Tak szybko? - o! Zmiana teraz jest już niezadowolona - dopiero się rozkręcam.
Zrobiła minę smutnego psiaka. Boże co się ze mną dzieje. Wystarczy, że na mnie spojrzy i miękne. Odzyskałem możność mowy.
Pobawimy się w jej grę.
- Cóż, chciałbym kontynuować tę szampańską zabawę, ale jak już pewnie zauważyłaś jestem przyparty do muru. - stwierdzam , że powinienem zostać aktorem.
Blondynka powoli, z czujnym wzrokiem opuszcza rękę, którą chwile temu przypierała mnie do ściany. Później drugą, w której trzymała miecz. Ostrożnie się odsunęła i obserwowała co zrobię. Szczerze przyznam, że byłem wyczerpany więc podszedłem do kranu i włożyłem rękę pod wodę. Poczułem przypływ energii kiedy strumień chłodnej wody obmywał mi palce. Gestem reki przywołałem Ann.
Kiedy do mnie podeszła złapałem ją za dłoń o włożyłem nasze splecione dłonie pod kran. W ten sposób i Annabeth przybyło energii a drobne zadrapania zniknęły. Wyszedłem na środek pokoju ponownie chwytając za miecz. Nie musiałem zachęcać mojej dziewczyny do walki. Nim się obejrzałem już na mnie napierała.
Nasze miecze się skrzyżowały, wykreciłem rękę i jej miecz znalazł skierowany czubkiem w podłogę. Jakimś cudem wyzwoliła swój miecz i uderzyła rękojeścią miecza w zgięcie łokcia. Miecz wypadł mi z ręki. Nie było czasu żeby go podnieść więc teraz walczyłem wręcz. Kiedy wymierzała ostateczny cios złapałem ją za nadgarstek, unieruchamiając rękę. Miecz blondynki również spadł na ziemie. Odkopnąłem go jak najdalej się dało. Nadal trzymając jej rękę złapałem ja w pasie i przeżuciłem sobie przez ramię. Miałem zamiar zejść z nią na dół i tam zakończyć spór. Byłem już przy łóżku, a Ann oplotła mi szyje swoimi długimi nogami. Wykreciła się tak, ze siedziała mi na ramionach. W akcie zdziwienia straciłem równowagę i razem runeliśmy na łóżko. Popatrzyliśmy na siebie i wybuchneliśmy śmiechem. Annabeth położyła mi głowę na klatce piersiowej. Westchneła cichutko, po czym spytała...
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Witajcie młodzi herosi!
Jak wam się udał powrót do szkoły po majówce?
Gdzieś wyjeżdżaliście?
Oto dla was kolejny rozdział. Zapraszam do czytania.
/Chmurka
czwartek, 5 maja 2016
wtorek, 3 maja 2016
Rozdział 11
Annabeth
Obudziłam się w dziwnym pokoju. Chociaż nie. Sam pokój nie był dziwny. Ładnie urządzony, na jednej ze ścian ogromna fototapeta przedstawiająca plaże nad oceanem. Ściany w odcieniach bieli, szarości i błękitu. Wielkie dwuosobowe łóżko, które było tak wygodne, że nie chciało się z niego wychodzić.
Zaspana przetarłam oczy nadgarstkiem. Wspomnienia wróciły ze zdwojoną siłą. Atena, Posejdon, Percy walczący z Ateną. Oraz jedno. Najwyraźniejsze z nich wszystkich. Przeszywający ból, jakby ktoś wbijał ci tysiące gwoździ w całe ciało. Nie byłam w stanie uwierzyć jak własna matka, którą całe życie uważałam za autorytet zrobiła to co zrobiła. Do tego z tak błahego powodu. Bo przecież jej córka nie może się spotykać z dzieckiem Posejdona. Ta zniewaga krwi wymaga! Jej mała (duża) córeczka brata się z wrogiem.
Nawet nie zwróciłam uwagi, a z moich oczu popłynęły strużki słonych kropli.
Percy
Stukot kopyt Chejrona otrzeźwił mnie całkowicie. Tak jak obiecał pojawił się w dzień urodzin. No ale to przecież Chejron on zawsze dotrzymuje obietnic. Swoją drogą ciekawe co za misje ma dla nas.
- Witajcie. Percy wiesz, chyba, że pojawism się tutaj aby ogłosić cel misji, którą zleciłem tobie i jednemu z twoich znajomych tu obecnych- Jego donośny głos echem roznosił się w ogrodzie.
- Dzień dobry Chejronie. Miło cię znowu zobaczyć. - uśmiechnąłem się do Centaura.
Niestety mój rozmówca chyba nie podzielał mojego humoru. Na jego twarzy nadal gościła powaga.
- Słyszałem, że mieliście gości. - zaczął - wiem też, co stało się z Annabeth. Gdzie ona jest? Chciałbym sprawdzić czy nic jej nie dolega.
- Jest w moim pokoju. Jest raczej w dobrym stanie fizycznym, ja bardziej martwię się o jej psychikę - odparłem ze smutkiem w głosie - Mimo tego zaprowadzę cię do niej. Będę się pewniej czuł kiedy ty wydasz opinie.
Ruszyłem w stronę domu dając zapraszający gest w stronę Chejrona. Podszedł do mnie, a za nim jeszcze nasi znajomi. Wszyscy chociaż nie jestem pewien czy to dobry pomysł, ale Centaur nie powiedział słowa sprzeciwu więc siedziałem cicho.
Wspinając się po schodach na górę przystanąłem. Wsłuchiwałem się przez chwilę w cisze i usłyszałem szloch. Ktoś płakał, tylko kto?
Użalając się nad swoją głupotą dałem sobie w myślach plaskacza w czoło.
Percy, boże człowieku przecież to Annabeth pewnie się obudziła. Bez chwili zastanowienia ruszyłem w te pędy, potykając się o dywanik rozłożony na schodach. Nie mrugnąłem, a już leżałem wyciągnięty jak długi na ziemi. Szybko wstałem i kontynuowałem swój szaleńczy bieg.
Będąc pod drzwiami pokoju zatrzymałem się i lekko je uchyliłem. Zajrzałem do środka. Moja Ann'ie siedziała z kolanami podkulonymi pod brodą na łóżku, a z jej oczu hektolitrami wylewały się łzy. Czułem, że wszyscy już są za mną. Nie czekając chwili dłużej wszedłem do pokoju i usiadłem na łóżku obok zapłakanej dziewczyny.
Ta kiedy tylko podniosła na mnie mętny wzrok, od razu wtuliła się we mnie, mocząc łzami moją koszulkę.
- Hej. Wszystko w porządku? - szepnąłem jej do ucha.
Nie odpowiedziała mi tylko poruszała głową w górę i w dół dając niemą odpowiedź - Tak.
- Ej, nie płacz - zagadnąłem - przejdziemy przez to razem. Hm??
Kolejne potwierdzające skinienie.
- Przepraszam - wyszeptała po raz pierwszy podczas naszej rozmowy.
- Za co mnie przepraszasz? - nie ukrywałem zdziwienia.
- Za koszulkę - wychrypiała.
Osunąłem ją delikatnie od siebie. Po czym oddałem się atakowi śmiechu.
- I z czego się śmiejesz kretynie? - powiedziała zirytowana Ann.
- Bo... haha... masz tysiące... haha... problemów...haha... a przepraszasz mnie... haha... za poplamienie... koszulki... haha... łzami. - nie mogłem przestać się śmiać.
- Haha, no bardzo zabawne. - burknęła obrażona.
Spojrzałem na nią z chęcią przeprosin ale gdy tylko to zrobiłem, jak na zawołanie znowu zacząłem się śmiać jak debil. Ale w końcu mam glony zamiast mózgu. Po takich ludziach jak ja nigdy nie wiadomo czego się spodziewać.
- Kretyn - burknęła pod nosem dziewczyna patrząc na mnie z pobłażaniem.
O nie! Od kretynów nie będzie mnie wyzywać. Natychmiast przestałem się śmiać. W mojej głowie już pojawił się plan działania. W stronę niczego się niespodziewającej dziewczyny poleciał strumień zimnej wody, pobranej z pobliskiego kranu.
Podczas wodnego ataku przymknęła oczy. Kiedy je otworzyła, zdecydowanie wolałem żeby zamknęła je z powrotem. Płynął w nich ogień.
Rzecz jasna nadal miały swój szary kolor, ale z dodatkiem czegoś.
Z dodatkiem zemsty. Przy tych oczach to się nawet Nemezis chowa. Spojrzenie blondynki przeniosło się na mnie. Na jej ustach błąkał się delikatny uśmieszek.
O dziwo nawet się do mnie nie zbliżyła (na razie). Wstała z łóżka i z uśmiechem na twarzy podeszła do Thali. To nie jest normalne ona coś musi kombinować.
- Thalia! - wykrzyknęła - Jak dobrze, że tutaj jesteś. Masz może tą swoją monetę??
- Oczywiście, jak zawsze. Ale dlaczego pytasz? - odparła Thalia.
- Mogłabyś mi ją na chwilę pożyczyć? Zaraz oddam. - uśmiechnęła się niewinnie.
Cholera, jeśli jest tak jak myślę, a raczej wróżbita Percy zawsze dobrze myśli. To cały mój dobytek zapisuje mamie.
Pewnie spytacie o jaką monetę chodzi? Kiedy Thalia zobaczyła u swojego brata Jasona, monetę która po podrzuceniu zmienia się w miecz lub włócznie, w zależności od tego czy wypada orzeł czy reszka. Obie bronie są wykonane z cesarskiego złota. Też chciała taką mieć.
- Oczywiście. - Thalia podała Ann monetę.
- Dzięki.- odparła dziewczyna - Okej, więc Josh i Clairy. Specjalnie dla was przyspieszony kurs szermierki. W stopniu bardzo zaawansowanym. - uśmiechnęła się chytrze.
Nie! Nie! Nie! Czy ona jest niezniszczalna? Przed chwilą była w totalnej rozsypce, a teraz chce ze mną walczyć. Świetnie! Po prostu świetnie!
- Nie no ty sobie żartujesz? - zapytałem - Przecież ludzie ze stali nie istnieją!
- A jednak jestem Glonie.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Cześć wszystkim!
W pierwszej kolejności dziękuje za wszystkie komentarze pod rozdziałami!
Dla was to tylko chwilka, a kiedy tylko zaczęłam je czytać powróciła chęć do pisania.
Rozdział miał być w czwartek, ale jest dzisiaj. Tak się rozkręciłam, że mała głowa.
Kolejny rozdział jeszcze w tym tygodniu.
Pa!
CZYTASZ=KOMENTUJESZ!!
/Chmurka
Rozdział powstawał przy tej piosence.
Obudziłam się w dziwnym pokoju. Chociaż nie. Sam pokój nie był dziwny. Ładnie urządzony, na jednej ze ścian ogromna fototapeta przedstawiająca plaże nad oceanem. Ściany w odcieniach bieli, szarości i błękitu. Wielkie dwuosobowe łóżko, które było tak wygodne, że nie chciało się z niego wychodzić.
Zaspana przetarłam oczy nadgarstkiem. Wspomnienia wróciły ze zdwojoną siłą. Atena, Posejdon, Percy walczący z Ateną. Oraz jedno. Najwyraźniejsze z nich wszystkich. Przeszywający ból, jakby ktoś wbijał ci tysiące gwoździ w całe ciało. Nie byłam w stanie uwierzyć jak własna matka, którą całe życie uważałam za autorytet zrobiła to co zrobiła. Do tego z tak błahego powodu. Bo przecież jej córka nie może się spotykać z dzieckiem Posejdona. Ta zniewaga krwi wymaga! Jej mała (duża) córeczka brata się z wrogiem.
Nawet nie zwróciłam uwagi, a z moich oczu popłynęły strużki słonych kropli.
Percy
Stukot kopyt Chejrona otrzeźwił mnie całkowicie. Tak jak obiecał pojawił się w dzień urodzin. No ale to przecież Chejron on zawsze dotrzymuje obietnic. Swoją drogą ciekawe co za misje ma dla nas.
- Witajcie. Percy wiesz, chyba, że pojawism się tutaj aby ogłosić cel misji, którą zleciłem tobie i jednemu z twoich znajomych tu obecnych- Jego donośny głos echem roznosił się w ogrodzie.
- Dzień dobry Chejronie. Miło cię znowu zobaczyć. - uśmiechnąłem się do Centaura.
Niestety mój rozmówca chyba nie podzielał mojego humoru. Na jego twarzy nadal gościła powaga.
- Słyszałem, że mieliście gości. - zaczął - wiem też, co stało się z Annabeth. Gdzie ona jest? Chciałbym sprawdzić czy nic jej nie dolega.
- Jest w moim pokoju. Jest raczej w dobrym stanie fizycznym, ja bardziej martwię się o jej psychikę - odparłem ze smutkiem w głosie - Mimo tego zaprowadzę cię do niej. Będę się pewniej czuł kiedy ty wydasz opinie.
Ruszyłem w stronę domu dając zapraszający gest w stronę Chejrona. Podszedł do mnie, a za nim jeszcze nasi znajomi. Wszyscy chociaż nie jestem pewien czy to dobry pomysł, ale Centaur nie powiedział słowa sprzeciwu więc siedziałem cicho.
Wspinając się po schodach na górę przystanąłem. Wsłuchiwałem się przez chwilę w cisze i usłyszałem szloch. Ktoś płakał, tylko kto?
Użalając się nad swoją głupotą dałem sobie w myślach plaskacza w czoło.
Percy, boże człowieku przecież to Annabeth pewnie się obudziła. Bez chwili zastanowienia ruszyłem w te pędy, potykając się o dywanik rozłożony na schodach. Nie mrugnąłem, a już leżałem wyciągnięty jak długi na ziemi. Szybko wstałem i kontynuowałem swój szaleńczy bieg.
Będąc pod drzwiami pokoju zatrzymałem się i lekko je uchyliłem. Zajrzałem do środka. Moja Ann'ie siedziała z kolanami podkulonymi pod brodą na łóżku, a z jej oczu hektolitrami wylewały się łzy. Czułem, że wszyscy już są za mną. Nie czekając chwili dłużej wszedłem do pokoju i usiadłem na łóżku obok zapłakanej dziewczyny.
Ta kiedy tylko podniosła na mnie mętny wzrok, od razu wtuliła się we mnie, mocząc łzami moją koszulkę.
- Hej. Wszystko w porządku? - szepnąłem jej do ucha.
Nie odpowiedziała mi tylko poruszała głową w górę i w dół dając niemą odpowiedź - Tak.
- Ej, nie płacz - zagadnąłem - przejdziemy przez to razem. Hm??
Kolejne potwierdzające skinienie.
- Przepraszam - wyszeptała po raz pierwszy podczas naszej rozmowy.
- Za co mnie przepraszasz? - nie ukrywałem zdziwienia.
- Za koszulkę - wychrypiała.
Osunąłem ją delikatnie od siebie. Po czym oddałem się atakowi śmiechu.
- I z czego się śmiejesz kretynie? - powiedziała zirytowana Ann.
- Bo... haha... masz tysiące... haha... problemów...haha... a przepraszasz mnie... haha... za poplamienie... koszulki... haha... łzami. - nie mogłem przestać się śmiać.
- Haha, no bardzo zabawne. - burknęła obrażona.
Spojrzałem na nią z chęcią przeprosin ale gdy tylko to zrobiłem, jak na zawołanie znowu zacząłem się śmiać jak debil. Ale w końcu mam glony zamiast mózgu. Po takich ludziach jak ja nigdy nie wiadomo czego się spodziewać.
- Kretyn - burknęła pod nosem dziewczyna patrząc na mnie z pobłażaniem.
O nie! Od kretynów nie będzie mnie wyzywać. Natychmiast przestałem się śmiać. W mojej głowie już pojawił się plan działania. W stronę niczego się niespodziewającej dziewczyny poleciał strumień zimnej wody, pobranej z pobliskiego kranu.
Podczas wodnego ataku przymknęła oczy. Kiedy je otworzyła, zdecydowanie wolałem żeby zamknęła je z powrotem. Płynął w nich ogień.
Rzecz jasna nadal miały swój szary kolor, ale z dodatkiem czegoś.
Z dodatkiem zemsty. Przy tych oczach to się nawet Nemezis chowa. Spojrzenie blondynki przeniosło się na mnie. Na jej ustach błąkał się delikatny uśmieszek.
O dziwo nawet się do mnie nie zbliżyła (na razie). Wstała z łóżka i z uśmiechem na twarzy podeszła do Thali. To nie jest normalne ona coś musi kombinować.
- Thalia! - wykrzyknęła - Jak dobrze, że tutaj jesteś. Masz może tą swoją monetę??
- Oczywiście, jak zawsze. Ale dlaczego pytasz? - odparła Thalia.
- Mogłabyś mi ją na chwilę pożyczyć? Zaraz oddam. - uśmiechnęła się niewinnie.
Cholera, jeśli jest tak jak myślę, a raczej wróżbita Percy zawsze dobrze myśli. To cały mój dobytek zapisuje mamie.
Pewnie spytacie o jaką monetę chodzi? Kiedy Thalia zobaczyła u swojego brata Jasona, monetę która po podrzuceniu zmienia się w miecz lub włócznie, w zależności od tego czy wypada orzeł czy reszka. Obie bronie są wykonane z cesarskiego złota. Też chciała taką mieć.
- Oczywiście. - Thalia podała Ann monetę.
- Dzięki.- odparła dziewczyna - Okej, więc Josh i Clairy. Specjalnie dla was przyspieszony kurs szermierki. W stopniu bardzo zaawansowanym. - uśmiechnęła się chytrze.
Nie! Nie! Nie! Czy ona jest niezniszczalna? Przed chwilą była w totalnej rozsypce, a teraz chce ze mną walczyć. Świetnie! Po prostu świetnie!
- Nie no ty sobie żartujesz? - zapytałem - Przecież ludzie ze stali nie istnieją!
- A jednak jestem Glonie.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Cześć wszystkim!
W pierwszej kolejności dziękuje za wszystkie komentarze pod rozdziałami!
Dla was to tylko chwilka, a kiedy tylko zaczęłam je czytać powróciła chęć do pisania.
Rozdział miał być w czwartek, ale jest dzisiaj. Tak się rozkręciłam, że mała głowa.
Kolejny rozdział jeszcze w tym tygodniu.
Pa!
CZYTASZ=KOMENTUJESZ!!
/Chmurka
Rozdział powstawał przy tej piosence.
poniedziałek, 2 maja 2016
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)

