Percy
Annabeth porzuciła monetę do góry. Zamknąłem oczy. W moim sercu zrodziła się ogromna nadzieja, że wypadnie włócznia. Jak bardzo byłem naiwny. Po ponownym otworzeniu oczu ujrzałem długi jak mój własny, lecz wykonany był z pięknego cesarskiego złota. Przeklinałem się w duchu za moją głupotę. Mogłem się powstrzymać i nie oblewać jej wodą.
- Spójrzcie tylko - głos Ann ociekał ironią - nasz Persiaczek ma pietra.
Miałem cholernego pietra. Każdy normalny człowiek by miał. Annabeth jest naprawdę świetna w szermierce.
- Wcale nie mam pietra. - odparłem szybko.
Przecierz moja duma nie mogła ucierpieć.
- To dlaczego jeszcze siedzisz? - nie dawała za wygraną.
- Właśnie zastanawiam się czy dać ci fory. - odparłem złośliwie.
- Nigdy. - ogień znowu zapłonął.
- Nie ułatwiasz niczego. Wiesz o tym? - zapytałem.
- Pamiętasz co powiedziałam ci w twoje 16 urodziny?
Pokiwałem przecząco głową.
- Więc ci przypomnę. Nigdy, ale to nigdy nie będę ci niczego ułatwiać.
No tak było coś takiego. Coś tam mi świta, ale nieważne.
Sięgnąłem do kieszeni po długopis i odetkałem go. W mojej dłoni również zalśniło ostrze. Wykonałem zachęcający do walki obrót !ieszem w dłoni. Blondynka tylko się to mnie usmiechnęła.
W następnej chwili już atakowała. Wykonała obrót wokół własnej osi, lekko przykucając na kolanach, tak żeby mnie podciąć. Wymierzyłem do góry. Kiedy była pochylona wymierzyłem cios w plecy. Niestety . Przeturlała się po podłodze. Otrzepała się z niewidzialnego kurzu i stanęła na nogi.
Wszyscy przyglądali się tej scenie. Jedni z podziwem inni z uśmiechem na ustach, a jeszcze inni przerażeniem jakbyśmy się mieli pozabijać. Nie wiadomo kiedy dziewczyna znalazła się za moimi plecami o wymierzyła mi kopniaka w zgięcie kolana. Runąłem jak długi i przetoczyłem się przez pokój. Wstałem i wręcz podbiegłem do dziewczyny. Zmyliłem ją udawając, że chce zaatakować jej prawy bok, a tak naprawdę zamachnąłem się z całej siły bronią i podciąłem jej nogi. Teraz to ona leżała jak długa. Podszedłem do niej i wbiłem koniec miecza w podłogę tuż obok jej głowy. Drgnęła.
Podałem jej rękę żeby pomóc dziewczynie wstać. Stanęła do mnie tyłem. Chciałem się z nią trochę podroczyć więc Podszedłem do niej i od tyłu przytuliłem przykładając jej miecz do krtani.
- Nie wiesz, że nigdy nie staje się do wroga tyłem? - zadrwiłem i opuściłem ostrze nadal tuląc dziewczynę.
Nie mrugnąłem, a ona obróciła się przyparła mnie do ściany i uderzyła rękojeścią miecza w ścianę obok mojej głowy. Najwyraźniej nie chciała pocharatać mi ścian.
Ogień w jej oczach przybrał na sile.
- A ty nie pamiętasz żeby nigdy nie tracić czujności, bo możesz mieć kuku? - tym razem to z jej ust wyrwała się drwina.
Cholera, znowu dałem się zrobić w balona. Na jej nieszczęście to jeszcze nie koniec.
- Okej. Wygralaś, masz racje, a teraz możesz mnie już puścić.
Przez chwilę wyglądała jakby się zawiesiła, lecz zaraz odzyskała myślenie.
- Co? - zdziwienie błąkało się w jej oczach - Tak szybko? - o! Zmiana teraz jest już niezadowolona - dopiero się rozkręcam.
Zrobiła minę smutnego psiaka. Boże co się ze mną dzieje. Wystarczy, że na mnie spojrzy i miękne. Odzyskałem możność mowy.
Pobawimy się w jej grę.
- Cóż, chciałbym kontynuować tę szampańską zabawę, ale jak już pewnie zauważyłaś jestem przyparty do muru. - stwierdzam , że powinienem zostać aktorem.
Blondynka powoli, z czujnym wzrokiem opuszcza rękę, którą chwile temu przypierała mnie do ściany. Później drugą, w której trzymała miecz. Ostrożnie się odsunęła i obserwowała co zrobię. Szczerze przyznam, że byłem wyczerpany więc podszedłem do kranu i włożyłem rękę pod wodę. Poczułem przypływ energii kiedy strumień chłodnej wody obmywał mi palce. Gestem reki przywołałem Ann.
Kiedy do mnie podeszła złapałem ją za dłoń o włożyłem nasze splecione dłonie pod kran. W ten sposób i Annabeth przybyło energii a drobne zadrapania zniknęły. Wyszedłem na środek pokoju ponownie chwytając za miecz. Nie musiałem zachęcać mojej dziewczyny do walki. Nim się obejrzałem już na mnie napierała.
Nasze miecze się skrzyżowały, wykreciłem rękę i jej miecz znalazł skierowany czubkiem w podłogę. Jakimś cudem wyzwoliła swój miecz i uderzyła rękojeścią miecza w zgięcie łokcia. Miecz wypadł mi z ręki. Nie było czasu żeby go podnieść więc teraz walczyłem wręcz. Kiedy wymierzała ostateczny cios złapałem ją za nadgarstek, unieruchamiając rękę. Miecz blondynki również spadł na ziemie. Odkopnąłem go jak najdalej się dało. Nadal trzymając jej rękę złapałem ja w pasie i przeżuciłem sobie przez ramię. Miałem zamiar zejść z nią na dół i tam zakończyć spór. Byłem już przy łóżku, a Ann oplotła mi szyje swoimi długimi nogami. Wykreciła się tak, ze siedziała mi na ramionach. W akcie zdziwienia straciłem równowagę i razem runeliśmy na łóżko. Popatrzyliśmy na siebie i wybuchneliśmy śmiechem. Annabeth położyła mi głowę na klatce piersiowej. Westchneła cichutko, po czym spytała...
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Witajcie młodzi herosi!
Jak wam się udał powrót do szkoły po majówce?
Gdzieś wyjeżdżaliście?
Oto dla was kolejny rozdział. Zapraszam do czytania.
/Chmurka
czwartek, 5 maja 2016
wtorek, 3 maja 2016
Rozdział 11
Annabeth
Obudziłam się w dziwnym pokoju. Chociaż nie. Sam pokój nie był dziwny. Ładnie urządzony, na jednej ze ścian ogromna fototapeta przedstawiająca plaże nad oceanem. Ściany w odcieniach bieli, szarości i błękitu. Wielkie dwuosobowe łóżko, które było tak wygodne, że nie chciało się z niego wychodzić.
Zaspana przetarłam oczy nadgarstkiem. Wspomnienia wróciły ze zdwojoną siłą. Atena, Posejdon, Percy walczący z Ateną. Oraz jedno. Najwyraźniejsze z nich wszystkich. Przeszywający ból, jakby ktoś wbijał ci tysiące gwoździ w całe ciało. Nie byłam w stanie uwierzyć jak własna matka, którą całe życie uważałam za autorytet zrobiła to co zrobiła. Do tego z tak błahego powodu. Bo przecież jej córka nie może się spotykać z dzieckiem Posejdona. Ta zniewaga krwi wymaga! Jej mała (duża) córeczka brata się z wrogiem.
Nawet nie zwróciłam uwagi, a z moich oczu popłynęły strużki słonych kropli.
Percy
Stukot kopyt Chejrona otrzeźwił mnie całkowicie. Tak jak obiecał pojawił się w dzień urodzin. No ale to przecież Chejron on zawsze dotrzymuje obietnic. Swoją drogą ciekawe co za misje ma dla nas.
- Witajcie. Percy wiesz, chyba, że pojawism się tutaj aby ogłosić cel misji, którą zleciłem tobie i jednemu z twoich znajomych tu obecnych- Jego donośny głos echem roznosił się w ogrodzie.
- Dzień dobry Chejronie. Miło cię znowu zobaczyć. - uśmiechnąłem się do Centaura.
Niestety mój rozmówca chyba nie podzielał mojego humoru. Na jego twarzy nadal gościła powaga.
- Słyszałem, że mieliście gości. - zaczął - wiem też, co stało się z Annabeth. Gdzie ona jest? Chciałbym sprawdzić czy nic jej nie dolega.
- Jest w moim pokoju. Jest raczej w dobrym stanie fizycznym, ja bardziej martwię się o jej psychikę - odparłem ze smutkiem w głosie - Mimo tego zaprowadzę cię do niej. Będę się pewniej czuł kiedy ty wydasz opinie.
Ruszyłem w stronę domu dając zapraszający gest w stronę Chejrona. Podszedł do mnie, a za nim jeszcze nasi znajomi. Wszyscy chociaż nie jestem pewien czy to dobry pomysł, ale Centaur nie powiedział słowa sprzeciwu więc siedziałem cicho.
Wspinając się po schodach na górę przystanąłem. Wsłuchiwałem się przez chwilę w cisze i usłyszałem szloch. Ktoś płakał, tylko kto?
Użalając się nad swoją głupotą dałem sobie w myślach plaskacza w czoło.
Percy, boże człowieku przecież to Annabeth pewnie się obudziła. Bez chwili zastanowienia ruszyłem w te pędy, potykając się o dywanik rozłożony na schodach. Nie mrugnąłem, a już leżałem wyciągnięty jak długi na ziemi. Szybko wstałem i kontynuowałem swój szaleńczy bieg.
Będąc pod drzwiami pokoju zatrzymałem się i lekko je uchyliłem. Zajrzałem do środka. Moja Ann'ie siedziała z kolanami podkulonymi pod brodą na łóżku, a z jej oczu hektolitrami wylewały się łzy. Czułem, że wszyscy już są za mną. Nie czekając chwili dłużej wszedłem do pokoju i usiadłem na łóżku obok zapłakanej dziewczyny.
Ta kiedy tylko podniosła na mnie mętny wzrok, od razu wtuliła się we mnie, mocząc łzami moją koszulkę.
- Hej. Wszystko w porządku? - szepnąłem jej do ucha.
Nie odpowiedziała mi tylko poruszała głową w górę i w dół dając niemą odpowiedź - Tak.
- Ej, nie płacz - zagadnąłem - przejdziemy przez to razem. Hm??
Kolejne potwierdzające skinienie.
- Przepraszam - wyszeptała po raz pierwszy podczas naszej rozmowy.
- Za co mnie przepraszasz? - nie ukrywałem zdziwienia.
- Za koszulkę - wychrypiała.
Osunąłem ją delikatnie od siebie. Po czym oddałem się atakowi śmiechu.
- I z czego się śmiejesz kretynie? - powiedziała zirytowana Ann.
- Bo... haha... masz tysiące... haha... problemów...haha... a przepraszasz mnie... haha... za poplamienie... koszulki... haha... łzami. - nie mogłem przestać się śmiać.
- Haha, no bardzo zabawne. - burknęła obrażona.
Spojrzałem na nią z chęcią przeprosin ale gdy tylko to zrobiłem, jak na zawołanie znowu zacząłem się śmiać jak debil. Ale w końcu mam glony zamiast mózgu. Po takich ludziach jak ja nigdy nie wiadomo czego się spodziewać.
- Kretyn - burknęła pod nosem dziewczyna patrząc na mnie z pobłażaniem.
O nie! Od kretynów nie będzie mnie wyzywać. Natychmiast przestałem się śmiać. W mojej głowie już pojawił się plan działania. W stronę niczego się niespodziewającej dziewczyny poleciał strumień zimnej wody, pobranej z pobliskiego kranu.
Podczas wodnego ataku przymknęła oczy. Kiedy je otworzyła, zdecydowanie wolałem żeby zamknęła je z powrotem. Płynął w nich ogień.
Rzecz jasna nadal miały swój szary kolor, ale z dodatkiem czegoś.
Z dodatkiem zemsty. Przy tych oczach to się nawet Nemezis chowa. Spojrzenie blondynki przeniosło się na mnie. Na jej ustach błąkał się delikatny uśmieszek.
O dziwo nawet się do mnie nie zbliżyła (na razie). Wstała z łóżka i z uśmiechem na twarzy podeszła do Thali. To nie jest normalne ona coś musi kombinować.
- Thalia! - wykrzyknęła - Jak dobrze, że tutaj jesteś. Masz może tą swoją monetę??
- Oczywiście, jak zawsze. Ale dlaczego pytasz? - odparła Thalia.
- Mogłabyś mi ją na chwilę pożyczyć? Zaraz oddam. - uśmiechnęła się niewinnie.
Cholera, jeśli jest tak jak myślę, a raczej wróżbita Percy zawsze dobrze myśli. To cały mój dobytek zapisuje mamie.
Pewnie spytacie o jaką monetę chodzi? Kiedy Thalia zobaczyła u swojego brata Jasona, monetę która po podrzuceniu zmienia się w miecz lub włócznie, w zależności od tego czy wypada orzeł czy reszka. Obie bronie są wykonane z cesarskiego złota. Też chciała taką mieć.
- Oczywiście. - Thalia podała Ann monetę.
- Dzięki.- odparła dziewczyna - Okej, więc Josh i Clairy. Specjalnie dla was przyspieszony kurs szermierki. W stopniu bardzo zaawansowanym. - uśmiechnęła się chytrze.
Nie! Nie! Nie! Czy ona jest niezniszczalna? Przed chwilą była w totalnej rozsypce, a teraz chce ze mną walczyć. Świetnie! Po prostu świetnie!
- Nie no ty sobie żartujesz? - zapytałem - Przecież ludzie ze stali nie istnieją!
- A jednak jestem Glonie.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Cześć wszystkim!
W pierwszej kolejności dziękuje za wszystkie komentarze pod rozdziałami!
Dla was to tylko chwilka, a kiedy tylko zaczęłam je czytać powróciła chęć do pisania.
Rozdział miał być w czwartek, ale jest dzisiaj. Tak się rozkręciłam, że mała głowa.
Kolejny rozdział jeszcze w tym tygodniu.
Pa!
CZYTASZ=KOMENTUJESZ!!
/Chmurka
Rozdział powstawał przy tej piosence.
Obudziłam się w dziwnym pokoju. Chociaż nie. Sam pokój nie był dziwny. Ładnie urządzony, na jednej ze ścian ogromna fototapeta przedstawiająca plaże nad oceanem. Ściany w odcieniach bieli, szarości i błękitu. Wielkie dwuosobowe łóżko, które było tak wygodne, że nie chciało się z niego wychodzić.
Zaspana przetarłam oczy nadgarstkiem. Wspomnienia wróciły ze zdwojoną siłą. Atena, Posejdon, Percy walczący z Ateną. Oraz jedno. Najwyraźniejsze z nich wszystkich. Przeszywający ból, jakby ktoś wbijał ci tysiące gwoździ w całe ciało. Nie byłam w stanie uwierzyć jak własna matka, którą całe życie uważałam za autorytet zrobiła to co zrobiła. Do tego z tak błahego powodu. Bo przecież jej córka nie może się spotykać z dzieckiem Posejdona. Ta zniewaga krwi wymaga! Jej mała (duża) córeczka brata się z wrogiem.
Nawet nie zwróciłam uwagi, a z moich oczu popłynęły strużki słonych kropli.
Percy
Stukot kopyt Chejrona otrzeźwił mnie całkowicie. Tak jak obiecał pojawił się w dzień urodzin. No ale to przecież Chejron on zawsze dotrzymuje obietnic. Swoją drogą ciekawe co za misje ma dla nas.
- Witajcie. Percy wiesz, chyba, że pojawism się tutaj aby ogłosić cel misji, którą zleciłem tobie i jednemu z twoich znajomych tu obecnych- Jego donośny głos echem roznosił się w ogrodzie.
- Dzień dobry Chejronie. Miło cię znowu zobaczyć. - uśmiechnąłem się do Centaura.
Niestety mój rozmówca chyba nie podzielał mojego humoru. Na jego twarzy nadal gościła powaga.
- Słyszałem, że mieliście gości. - zaczął - wiem też, co stało się z Annabeth. Gdzie ona jest? Chciałbym sprawdzić czy nic jej nie dolega.
- Jest w moim pokoju. Jest raczej w dobrym stanie fizycznym, ja bardziej martwię się o jej psychikę - odparłem ze smutkiem w głosie - Mimo tego zaprowadzę cię do niej. Będę się pewniej czuł kiedy ty wydasz opinie.
Ruszyłem w stronę domu dając zapraszający gest w stronę Chejrona. Podszedł do mnie, a za nim jeszcze nasi znajomi. Wszyscy chociaż nie jestem pewien czy to dobry pomysł, ale Centaur nie powiedział słowa sprzeciwu więc siedziałem cicho.
Wspinając się po schodach na górę przystanąłem. Wsłuchiwałem się przez chwilę w cisze i usłyszałem szloch. Ktoś płakał, tylko kto?
Użalając się nad swoją głupotą dałem sobie w myślach plaskacza w czoło.
Percy, boże człowieku przecież to Annabeth pewnie się obudziła. Bez chwili zastanowienia ruszyłem w te pędy, potykając się o dywanik rozłożony na schodach. Nie mrugnąłem, a już leżałem wyciągnięty jak długi na ziemi. Szybko wstałem i kontynuowałem swój szaleńczy bieg.
Będąc pod drzwiami pokoju zatrzymałem się i lekko je uchyliłem. Zajrzałem do środka. Moja Ann'ie siedziała z kolanami podkulonymi pod brodą na łóżku, a z jej oczu hektolitrami wylewały się łzy. Czułem, że wszyscy już są za mną. Nie czekając chwili dłużej wszedłem do pokoju i usiadłem na łóżku obok zapłakanej dziewczyny.
Ta kiedy tylko podniosła na mnie mętny wzrok, od razu wtuliła się we mnie, mocząc łzami moją koszulkę.
- Hej. Wszystko w porządku? - szepnąłem jej do ucha.
Nie odpowiedziała mi tylko poruszała głową w górę i w dół dając niemą odpowiedź - Tak.
- Ej, nie płacz - zagadnąłem - przejdziemy przez to razem. Hm??
Kolejne potwierdzające skinienie.
- Przepraszam - wyszeptała po raz pierwszy podczas naszej rozmowy.
- Za co mnie przepraszasz? - nie ukrywałem zdziwienia.
- Za koszulkę - wychrypiała.
Osunąłem ją delikatnie od siebie. Po czym oddałem się atakowi śmiechu.
- I z czego się śmiejesz kretynie? - powiedziała zirytowana Ann.
- Bo... haha... masz tysiące... haha... problemów...haha... a przepraszasz mnie... haha... za poplamienie... koszulki... haha... łzami. - nie mogłem przestać się śmiać.
- Haha, no bardzo zabawne. - burknęła obrażona.
Spojrzałem na nią z chęcią przeprosin ale gdy tylko to zrobiłem, jak na zawołanie znowu zacząłem się śmiać jak debil. Ale w końcu mam glony zamiast mózgu. Po takich ludziach jak ja nigdy nie wiadomo czego się spodziewać.
- Kretyn - burknęła pod nosem dziewczyna patrząc na mnie z pobłażaniem.
O nie! Od kretynów nie będzie mnie wyzywać. Natychmiast przestałem się śmiać. W mojej głowie już pojawił się plan działania. W stronę niczego się niespodziewającej dziewczyny poleciał strumień zimnej wody, pobranej z pobliskiego kranu.
Podczas wodnego ataku przymknęła oczy. Kiedy je otworzyła, zdecydowanie wolałem żeby zamknęła je z powrotem. Płynął w nich ogień.
Rzecz jasna nadal miały swój szary kolor, ale z dodatkiem czegoś.
Z dodatkiem zemsty. Przy tych oczach to się nawet Nemezis chowa. Spojrzenie blondynki przeniosło się na mnie. Na jej ustach błąkał się delikatny uśmieszek.
O dziwo nawet się do mnie nie zbliżyła (na razie). Wstała z łóżka i z uśmiechem na twarzy podeszła do Thali. To nie jest normalne ona coś musi kombinować.
- Thalia! - wykrzyknęła - Jak dobrze, że tutaj jesteś. Masz może tą swoją monetę??
- Oczywiście, jak zawsze. Ale dlaczego pytasz? - odparła Thalia.
- Mogłabyś mi ją na chwilę pożyczyć? Zaraz oddam. - uśmiechnęła się niewinnie.
Cholera, jeśli jest tak jak myślę, a raczej wróżbita Percy zawsze dobrze myśli. To cały mój dobytek zapisuje mamie.
Pewnie spytacie o jaką monetę chodzi? Kiedy Thalia zobaczyła u swojego brata Jasona, monetę która po podrzuceniu zmienia się w miecz lub włócznie, w zależności od tego czy wypada orzeł czy reszka. Obie bronie są wykonane z cesarskiego złota. Też chciała taką mieć.
- Oczywiście. - Thalia podała Ann monetę.
- Dzięki.- odparła dziewczyna - Okej, więc Josh i Clairy. Specjalnie dla was przyspieszony kurs szermierki. W stopniu bardzo zaawansowanym. - uśmiechnęła się chytrze.
Nie! Nie! Nie! Czy ona jest niezniszczalna? Przed chwilą była w totalnej rozsypce, a teraz chce ze mną walczyć. Świetnie! Po prostu świetnie!
- Nie no ty sobie żartujesz? - zapytałem - Przecież ludzie ze stali nie istnieją!
- A jednak jestem Glonie.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Cześć wszystkim!
W pierwszej kolejności dziękuje za wszystkie komentarze pod rozdziałami!
Dla was to tylko chwilka, a kiedy tylko zaczęłam je czytać powróciła chęć do pisania.
Rozdział miał być w czwartek, ale jest dzisiaj. Tak się rozkręciłam, że mała głowa.
Kolejny rozdział jeszcze w tym tygodniu.
Pa!
CZYTASZ=KOMENTUJESZ!!
/Chmurka
Rozdział powstawał przy tej piosence.
poniedziałek, 2 maja 2016
piątek, 29 kwietnia 2016
Rozdział 10
Percy
W ogrodzie stał nikt inny jak Atena. A zaraz obok niej kto??
Nie zgadniecie! Mój ojciec, Posejdon stał sobie właśnie z Ateną w moim ogródku. Wiedziałem co to oznacza. Kiedy poczułem mocniejszy uścisk na mojej ręce wiedziałem, że Ann ma pietra. Bała się, ale miała do tego pełne prawo. Rodzice są zapewne wściekli. Bo przecież przyjaźń może jeszcze ale byle by nie więcej bo zabiją.
Było cicho. Przeraźliwie cicho. Wiecie taka cisza przed burzą, takie ciche pikanie przed wybuchem bomby.
- Ojcze. - postanowiłem przerwać ciszę. Przecież nie będę do końca życia przed ojcem uciekał. - Pani Ateno. Co was sprowadza?
- Witaj córko. Witaj Perseuszu. Doskonale zdajesz sobie sprawę co nas tu sprowadza - jej wyniosły ton ani trochę mnie nie onieśmielił.
- Witaj matko. Panie Posejdonie. - tym razem próba Annabeth - Nawet jeżeli Percy wie w związku z czym się tutaj pojawiliście, ja tego nie wiem, a wyrażam chęć poznania tego powodu. - od jej oficjalnego języka miałem papkę w mózgu.
- Pojawiliśmy się tutaj, ponieważ chcemy się dowiedzieć jak długo zamierzacie to ciągnąć. Rozumiem jesteście młodzi. Chcecie spróbować. Szybko się znudzicie, ale my nie mamy zamiaru tego tolerować. Jeśli...
- Wybacz ojcze, że ci przeszkodzę, ale czy mógłbyś sprecyzować o czym mówisz?? - wpadłem mu w pół słowa.
- Oczywiście o tobie i mojej córce.. Herosie. - ostatnie słowo wypluła jakby to była najgorsza obraza.
- Więc jak już mówiłem...
- Ostrzegam cię ojcze cokolwiek chcesz powiedzieć nie będziesz mi mówił co mam robić - warknąłem i popatrzyłem mu twardo w oczy.
- Owszem będę ci mówił co masz robić. Jesteś moim synem i musisz się mnie słuchać. - odpowiedział Posejdon.
- Masz racje jestem twoim synem a nie pracownikiem żeby być na każdy twój rozkaz.
- Jak się do mnie odnosisz?! Jak śmiesz!? Jestem bogiem ja mogę wszystko! - wykrzyknął.
- Przypominam ci, że bogowie już raz proponowali mi nieśmiertelność, a ja odmówiłem. Po drugie gdyby nie tacy herosi jak my a zwłaszcza ci obecni w tym ogrodzie nie istnielibyście! - teraz ja też krzyczałem. - więc nie śmiej mi rozkazywać z kim mam się spotykać z kim nie!
- Co ty możesz herosie. Masz zostawić moją córkę w spokoju, albo skrzywdzę ją a ty będziesz się o to obwiniał.
- Nie zrobisz tego. Już ja o to zadbam. - odparłem.
- Percy daj spokój z nimi nie wygrasz. - Ann pociągnęła mnie za rękę.
- Nie Ann jeszcze nie skończyłem. Nie będziecie mi mó... - nie dokończyłem. W jednej chwili Annabeth leżała na ziemi wijąc się w spazmach bólu a Atena uparcie się w nią wpatrywała. Zadawała jej tortury siłą umysłu.
- Zostaw ją dobrze ci radzę.
Nic. Atena jak sobie stała tak sobie stoi.
- Powiedziałem zostaw ją!
BUM! Kran od węża ogrodowego eksplodował. Byłem wściekły, zły, podłamany i kompletnie nie wiedziałem co zrobić.
Nadal zero odzewu. Wiedziałem , że nie odpuści. Była tak uparta jak Ann'ie.
- Czy ty jesteś głucha czy głupia?! Powiedziałem, że masz ją zostawić do cholery!
Wokoło mnie zebrała się ogromna fala wody. Usłyszałem kilka westchnień. Atena zaprzestała wpatrywania się w Annabeth. Dziewczyna lekko się uspokoiła, ale była wyczerpana.
Popchnięty impulsem wyciągnąłem z kieszeni długopis. Odetkałem go i w mojej ręce lśnił już długi idealnie wyważony miecz z niebiańskiego spiżu. Ruszyłem w kierunku bogini najpierw chlustając w jej twarz falą. Ojciec nie miał zamiaru pomagać Atenie. Ona też to zauważyła. Po chwili w jej ręce również pojawił się miecz. Wszyscy patrzyli ze zdziwieniem i zainteresowaniem na dalszy przebieg zdarzeń.
Byłem już po wystarczającą blisko bogini. Wziąłem zamach Orkanem, a ona w porę zdążyła się uchronić przed ciosem. W jej oczach pojawiła się wściekłość wywołana moją odwagą. Chciała się zamachnąć lecz ja miałem co do tego trochę inne plany. Wytrąciłem miecz z jej reki i ująłem go w swoją lewą dłoń. Jedno z ostrzy przyłożyłem z tyłu jej głowy a drugi z przodu, tak że była unieruchomiona. Na twarzy Ateny zapanowało zdezorientowanie. Nie spodziewała się, że pokonam ją w ten sam sposób jak jej córkę.
- Zapamiętaj sobie. Nikt nawet ty czy którykolwiek z Bogów nie będzie bezkarnie krzywdził mnie, moich przyjaciół czy rodziny. Teraz z laski swojej spływajcie. I tak już zepsuliście nam imprezę. - warknąłem tak, że wszyscy w ogrodzie usłyszeli.
Upuściłem miecz u stóp bogini. Po chwili już jej nie było.
Podszedłem do miejsca gdzie teraz siedziała Annabeth. Thalia trochę się nią zajęła więc wyglądała już nieco lepiej.Usiadłem obok, a dziewczyna z całej siły się we mnie wtuliła. Odwzajemniłem uścisk i zamknąłem ją w swoich ramionach.
- Już nic ci nie zrobi. Słyszysz? - szeptałem jej do ucha - Nie pozwolę żeby ktokolwiek zrobił ci krzywdę.
Kołysałem ją lekko w swoich ramionach. Robiła się coraz cięższa. Zasypiała.
- Chcesz pójść do mojego pokoju? - zapytałem delikatnie - Położysz się. Jesteś wyczerpana powinnaś odpocząć.
Wziąłem ją na ręce. Udałem się w stronę domu, a Annabeth już zasypiała w moich ramionach. widziałem pytające spojrzenie przyjaciół więc dałem bezgłośnie znać Thalii, że Ann zasnęła i idę ją położyć. Skinęła tylko głową.
Wszedłem do pokoju po schodach. Jedną ręką zdjąłem wszystkie rzeczy z łóżka. Odłożyłem na nie dziewczynę. Złożyłem na jej czole delikatny pocałunek. Już miałem wychodzić, ale usłyszałem:
- Nie wychodź. - miała bardzo zachrypnięty głos - Chce żebyś został. Proszę.
Bez słowa podszedłem do łóżka i ułożyłem się koło niej. Przytuliłem ją do siebie i delikatnie gładząc ją po plecach czekałem aż zaśnie.
Za długo się nie naczekałem. Już po jakiś 10 minutach, smacznie spała.
Jak najdelikatniej, tak żeby jej nie obudzić wyswobodziłem się z uścisku. Zamknąłem drzwi pokoju i zszedłem na dół. Czekali na mnie. Usiadłem na ławeczce i ukryłem twarz w dłoniach.
- Wiedziałem, że coś wymyślą, ale nigdy w życiu nie pomyślałbym, że Atena posunie się do czegoś takiego. - wydukałem.
- Myślę, że nikt z nas się tego nie spodziewał. Annabeth była jej ulubioną córką. - pociągnęła dalej Thalia.
- Najwyraźniej była ulubiona tylko dlatego, że uratowała Olimp razem z nami.
- Nie mów tak. - Wtrąciła Hazel.
- Dlaczego? Jestem pewien, że Atena nie zawahałaby się jej zabić gdyby była taka potrzeba. - Złość we mnie wzrastała.
-Nie zrobiłaby tego.
- Zrobiłaby i to tylko dlatego bo jest pokłócona z moim ojcem o jakieś gówno od tysięcy lat!
Usłyszałem stukot kopyt. Do diaska skąd tu stukot kopyt?
Do ogrodu wkroczył Chejron z kołczanem na plecach.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Hej!
Sorki, że tyle mnie nie było.
Tym razem również mam dla was rozdział.
Jeśli ktokolwiek to czyta ( w co wątpię) niech da o sobie znak w komentarzu. Krytyka również mile widziana. Jeśli też piszecie jakieś blogi o Percy'm z chęcią wpadnę.
Na razie!
/Chmurka
W ogrodzie stał nikt inny jak Atena. A zaraz obok niej kto??
Nie zgadniecie! Mój ojciec, Posejdon stał sobie właśnie z Ateną w moim ogródku. Wiedziałem co to oznacza. Kiedy poczułem mocniejszy uścisk na mojej ręce wiedziałem, że Ann ma pietra. Bała się, ale miała do tego pełne prawo. Rodzice są zapewne wściekli. Bo przecież przyjaźń może jeszcze ale byle by nie więcej bo zabiją.
Było cicho. Przeraźliwie cicho. Wiecie taka cisza przed burzą, takie ciche pikanie przed wybuchem bomby.
- Ojcze. - postanowiłem przerwać ciszę. Przecież nie będę do końca życia przed ojcem uciekał. - Pani Ateno. Co was sprowadza?
- Witaj córko. Witaj Perseuszu. Doskonale zdajesz sobie sprawę co nas tu sprowadza - jej wyniosły ton ani trochę mnie nie onieśmielił.
- Witaj matko. Panie Posejdonie. - tym razem próba Annabeth - Nawet jeżeli Percy wie w związku z czym się tutaj pojawiliście, ja tego nie wiem, a wyrażam chęć poznania tego powodu. - od jej oficjalnego języka miałem papkę w mózgu.
- Pojawiliśmy się tutaj, ponieważ chcemy się dowiedzieć jak długo zamierzacie to ciągnąć. Rozumiem jesteście młodzi. Chcecie spróbować. Szybko się znudzicie, ale my nie mamy zamiaru tego tolerować. Jeśli...
- Wybacz ojcze, że ci przeszkodzę, ale czy mógłbyś sprecyzować o czym mówisz?? - wpadłem mu w pół słowa.
- Oczywiście o tobie i mojej córce.. Herosie. - ostatnie słowo wypluła jakby to była najgorsza obraza.
- Więc jak już mówiłem...
- Ostrzegam cię ojcze cokolwiek chcesz powiedzieć nie będziesz mi mówił co mam robić - warknąłem i popatrzyłem mu twardo w oczy.
- Owszem będę ci mówił co masz robić. Jesteś moim synem i musisz się mnie słuchać. - odpowiedział Posejdon.
- Masz racje jestem twoim synem a nie pracownikiem żeby być na każdy twój rozkaz.
- Jak się do mnie odnosisz?! Jak śmiesz!? Jestem bogiem ja mogę wszystko! - wykrzyknął.
- Przypominam ci, że bogowie już raz proponowali mi nieśmiertelność, a ja odmówiłem. Po drugie gdyby nie tacy herosi jak my a zwłaszcza ci obecni w tym ogrodzie nie istnielibyście! - teraz ja też krzyczałem. - więc nie śmiej mi rozkazywać z kim mam się spotykać z kim nie!
- Co ty możesz herosie. Masz zostawić moją córkę w spokoju, albo skrzywdzę ją a ty będziesz się o to obwiniał.
- Nie zrobisz tego. Już ja o to zadbam. - odparłem.
- Percy daj spokój z nimi nie wygrasz. - Ann pociągnęła mnie za rękę.
- Nie Ann jeszcze nie skończyłem. Nie będziecie mi mó... - nie dokończyłem. W jednej chwili Annabeth leżała na ziemi wijąc się w spazmach bólu a Atena uparcie się w nią wpatrywała. Zadawała jej tortury siłą umysłu.
- Zostaw ją dobrze ci radzę.
Nic. Atena jak sobie stała tak sobie stoi.
- Powiedziałem zostaw ją!
BUM! Kran od węża ogrodowego eksplodował. Byłem wściekły, zły, podłamany i kompletnie nie wiedziałem co zrobić.
Nadal zero odzewu. Wiedziałem , że nie odpuści. Była tak uparta jak Ann'ie.
- Czy ty jesteś głucha czy głupia?! Powiedziałem, że masz ją zostawić do cholery!
Wokoło mnie zebrała się ogromna fala wody. Usłyszałem kilka westchnień. Atena zaprzestała wpatrywania się w Annabeth. Dziewczyna lekko się uspokoiła, ale była wyczerpana.
Popchnięty impulsem wyciągnąłem z kieszeni długopis. Odetkałem go i w mojej ręce lśnił już długi idealnie wyważony miecz z niebiańskiego spiżu. Ruszyłem w kierunku bogini najpierw chlustając w jej twarz falą. Ojciec nie miał zamiaru pomagać Atenie. Ona też to zauważyła. Po chwili w jej ręce również pojawił się miecz. Wszyscy patrzyli ze zdziwieniem i zainteresowaniem na dalszy przebieg zdarzeń.
Byłem już po wystarczającą blisko bogini. Wziąłem zamach Orkanem, a ona w porę zdążyła się uchronić przed ciosem. W jej oczach pojawiła się wściekłość wywołana moją odwagą. Chciała się zamachnąć lecz ja miałem co do tego trochę inne plany. Wytrąciłem miecz z jej reki i ująłem go w swoją lewą dłoń. Jedno z ostrzy przyłożyłem z tyłu jej głowy a drugi z przodu, tak że była unieruchomiona. Na twarzy Ateny zapanowało zdezorientowanie. Nie spodziewała się, że pokonam ją w ten sam sposób jak jej córkę.
- Zapamiętaj sobie. Nikt nawet ty czy którykolwiek z Bogów nie będzie bezkarnie krzywdził mnie, moich przyjaciół czy rodziny. Teraz z laski swojej spływajcie. I tak już zepsuliście nam imprezę. - warknąłem tak, że wszyscy w ogrodzie usłyszeli.
Upuściłem miecz u stóp bogini. Po chwili już jej nie było.
Podszedłem do miejsca gdzie teraz siedziała Annabeth. Thalia trochę się nią zajęła więc wyglądała już nieco lepiej.Usiadłem obok, a dziewczyna z całej siły się we mnie wtuliła. Odwzajemniłem uścisk i zamknąłem ją w swoich ramionach.
- Już nic ci nie zrobi. Słyszysz? - szeptałem jej do ucha - Nie pozwolę żeby ktokolwiek zrobił ci krzywdę.
Kołysałem ją lekko w swoich ramionach. Robiła się coraz cięższa. Zasypiała.
- Chcesz pójść do mojego pokoju? - zapytałem delikatnie - Położysz się. Jesteś wyczerpana powinnaś odpocząć.
Wziąłem ją na ręce. Udałem się w stronę domu, a Annabeth już zasypiała w moich ramionach. widziałem pytające spojrzenie przyjaciół więc dałem bezgłośnie znać Thalii, że Ann zasnęła i idę ją położyć. Skinęła tylko głową.
Wszedłem do pokoju po schodach. Jedną ręką zdjąłem wszystkie rzeczy z łóżka. Odłożyłem na nie dziewczynę. Złożyłem na jej czole delikatny pocałunek. Już miałem wychodzić, ale usłyszałem:
- Nie wychodź. - miała bardzo zachrypnięty głos - Chce żebyś został. Proszę.
Bez słowa podszedłem do łóżka i ułożyłem się koło niej. Przytuliłem ją do siebie i delikatnie gładząc ją po plecach czekałem aż zaśnie.
Za długo się nie naczekałem. Już po jakiś 10 minutach, smacznie spała.
Jak najdelikatniej, tak żeby jej nie obudzić wyswobodziłem się z uścisku. Zamknąłem drzwi pokoju i zszedłem na dół. Czekali na mnie. Usiadłem na ławeczce i ukryłem twarz w dłoniach.
- Wiedziałem, że coś wymyślą, ale nigdy w życiu nie pomyślałbym, że Atena posunie się do czegoś takiego. - wydukałem.
- Myślę, że nikt z nas się tego nie spodziewał. Annabeth była jej ulubioną córką. - pociągnęła dalej Thalia.
- Najwyraźniej była ulubiona tylko dlatego, że uratowała Olimp razem z nami.
- Nie mów tak. - Wtrąciła Hazel.
- Dlaczego? Jestem pewien, że Atena nie zawahałaby się jej zabić gdyby była taka potrzeba. - Złość we mnie wzrastała.
-Nie zrobiłaby tego.
- Zrobiłaby i to tylko dlatego bo jest pokłócona z moim ojcem o jakieś gówno od tysięcy lat!
Usłyszałem stukot kopyt. Do diaska skąd tu stukot kopyt?
Do ogrodu wkroczył Chejron z kołczanem na plecach.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Hej!
Sorki, że tyle mnie nie było.
Tym razem również mam dla was rozdział.
Jeśli ktokolwiek to czyta ( w co wątpię) niech da o sobie znak w komentarzu. Krytyka również mile widziana. Jeśli też piszecie jakieś blogi o Percy'm z chęcią wpadnę.
Na razie!
/Chmurka
niedziela, 24 kwietnia 2016
Rozdział 9
Percy
Annabeth po jakiejś chwili seszła na dół. Pod pachą niosła wielkie pudło. Podeszła do mnie i s cichym wszystkiego najlepszego wręczyła mi je.
Odłożyłem je obok reszty prezentów aby później je otworzyć.
Usiadła po drugiej stronie stołu i zaczęła zawzięcie dyskutować z każdym oprócz mnie. Unikała mojego wzroku jak ognia. Była wściekła. Musiała być w moim pokoju, ponieważ była ubrana w moje ciuchy. Stwierdziłem, że nie będziemy przecierz siedzieć cicho do końca urodził.
- Jesteś zła?? - zagadnąłem ją. Zrobiło się cicho.
Patrzyła na mnie bez wyrazu.
- Tak - znowu zero emocji.
- Przepraszam okay?? Wybaczysz mi? - uśmiechnąłem się lekko.
- Słabe te przeprosiny. Postaraj się. Dobrze wiesz o co mi chodzi. - ona też usmiechneła się słabo.
O co jej może chodzić?? Jak zwykle coś wykombinuje. Chyba, że... No jasne chciała żebym jej zagrał. Była Przecierz u mnie w pokoju musiała widzieć gitarę. Cwana bestia. No ale przecierz to córka Ateny. Co się dziwić. Wstałem z krzesła i z szybkością światła pobiegłem do pokoju. Wziąłem instrument z łóżka po czym z powrotem zbiegłem na dół. Wszyscy patrzyli na mnie z zaskoczeniem, ponieważ nikt nie wiedział, że gram. Usiadłem na przeciwko Ann. Już miałem zacząć grać, ale przerwała mi mówiąc:
- Najpierw otwórz prezent. - miała nieodgadniony wzrok.
Podszedłem do największej paczki, wziąłem ją ze sobą i z powrotem usiadłem na krzesełku. Wszyscy wyczekiwali co będzie w środku. Zerwałem papier i zaniemowiłem. W środku znajdowała nowiutka czarna gitara. Patrzyłem na nią i nie mogłem uwierzyć.
- Podoba się?? - spytała.
- Jest świetna. Tylko... Skąd ty wiedziałaś?? To miała być niespodzianka z tym kursem gry. Ty maiałaś nie wiedzieć Ja... - wziąłem głęboki oddech - dziękuje. Ale mama i tak zginie. Na 100% maczala w tym palce. - zagroziłem.
- Nie zabijaj Pani Jackson. Jest taka miła. - zaśmiała się Ann.
Nadal siedziałem wpatrzony w gitarę.
- No miałeś przepraszać - ponagliła mnie blondynka.
Spojrzałem na nią i uśmiechnąłem się lekko. Oparłem nogi o krzesło i zacząłem grac melodię piosenki. Nawet na chwilę nie spóściłem wzroku z Ann. Nim się zorientowałem zacząłem śpiewać słowa piosenki. Wszyscy zdawali sobie sprawę do kogo jest zaadresowana ta piosenka. Dopiero w połowie piosenki Annabeth zorientowała się o czym ona jest. Jak oparzona wstała z krzesła i pobiegla do domu. Szybko Podhalem Nico' wi gitarę i pobiegłem za nią. Siedziała tak jak przypuszczałem w moim pokoju na łóżku i wpatrywała się tempo w ścianę. Usiadłem przed nią na łóżku.
- Co się stało? Dlaczego wybiegłaś?? - spytałem.
- Chodzi o to, że ja już wcześniej coś... No coś więcej niż przyjaźń. Dzisiaj jak pocalowałeś mnie w tym basenie, a później nic nie powiedziałeś. Myślałam, że to był po prostu impuls. Że w ogóle tego nie chciałeś. - zrobiła przerwę - Teraz ta piosenka. Nie wiem co mam myśleć. - ukryła twarz w dłoniach.
Podszedłem do niej i ją przytuliłem.
- Spójrz na mnie. - złapałem ją za podbrudek i obrociłem jej twarz w moją stronę - Musisz wiedzieć, że kiedy dostałem SMS'a, w którym napisalaś, że nie przyjedziesz. Załamałem się z lekka. Jeszcze do tego kilka chwil wcześniej nawrzucałem takiej jednej, że się do mnie przystawia. - zrobiłem przerwę. - później ta wiadomość... Wykrzyczałem wtedy Nico'wi w twarz, że cie kocham. Nie mogłem dłużej samego siebie okłamywać. Po prostu... - nie powiedziałem juz nic więcej. Nie to, że nie chciałem. Raczej nie mogłem. Byłem zbyt zajęty oddawaniem pocałunków Annabeth. Robiło się coraz gorącej. Oparłem Ann plecami o chłodną ścianę. Cały czas całując. W końcu oderwaliśmy się od siebie. Nasze nosy się stykały.
- Co teraz?? - zapytała.
Uśmiechnąłem się lekko. Złapałem ja za policzki.
- Annabeth Chase, czy uczynisz mi ten zaszczyt i zostaniesz moją dziewczyną?? - popatrzyłem jej głęboko w oczy.
- Tak! - jej oczy wręcz tańczyły ze szczęścia.
Skradłem jej ostatni pocałunek z lekkim uśmiechem.
- Schodzimy na dół?
- Raczej nie mamy wyjścia. W końcu twoi goście nie mogą czekać.
Trzymając się za ręce zeszliśmy na dół. Wszyscy byli zdziwieni. Włącznie z nami. Inni, ponieważ trzymaliśmy się za ręce jak się domyśliłem, a my bo w ogrodzie pojawił się jeszcze ktoś. A w zasadzie dwie osoby.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Cześć i czołem.
Dzisiaj trochę krócej. No cóż mówi się trudno i płynie się dalej.
W następnej notce trochę się zadzieje, ale o tym przekonanie się sami
Do następnego rozdziału. Cześć!
/Chmurka
Annabeth po jakiejś chwili seszła na dół. Pod pachą niosła wielkie pudło. Podeszła do mnie i s cichym wszystkiego najlepszego wręczyła mi je.
Odłożyłem je obok reszty prezentów aby później je otworzyć.
Usiadła po drugiej stronie stołu i zaczęła zawzięcie dyskutować z każdym oprócz mnie. Unikała mojego wzroku jak ognia. Była wściekła. Musiała być w moim pokoju, ponieważ była ubrana w moje ciuchy. Stwierdziłem, że nie będziemy przecierz siedzieć cicho do końca urodził.
- Jesteś zła?? - zagadnąłem ją. Zrobiło się cicho.
Patrzyła na mnie bez wyrazu.
- Tak - znowu zero emocji.
- Przepraszam okay?? Wybaczysz mi? - uśmiechnąłem się lekko.
- Słabe te przeprosiny. Postaraj się. Dobrze wiesz o co mi chodzi. - ona też usmiechneła się słabo.
O co jej może chodzić?? Jak zwykle coś wykombinuje. Chyba, że... No jasne chciała żebym jej zagrał. Była Przecierz u mnie w pokoju musiała widzieć gitarę. Cwana bestia. No ale przecierz to córka Ateny. Co się dziwić. Wstałem z krzesła i z szybkością światła pobiegłem do pokoju. Wziąłem instrument z łóżka po czym z powrotem zbiegłem na dół. Wszyscy patrzyli na mnie z zaskoczeniem, ponieważ nikt nie wiedział, że gram. Usiadłem na przeciwko Ann. Już miałem zacząć grać, ale przerwała mi mówiąc:
- Najpierw otwórz prezent. - miała nieodgadniony wzrok.
Podszedłem do największej paczki, wziąłem ją ze sobą i z powrotem usiadłem na krzesełku. Wszyscy wyczekiwali co będzie w środku. Zerwałem papier i zaniemowiłem. W środku znajdowała nowiutka czarna gitara. Patrzyłem na nią i nie mogłem uwierzyć.
- Podoba się?? - spytała.
- Jest świetna. Tylko... Skąd ty wiedziałaś?? To miała być niespodzianka z tym kursem gry. Ty maiałaś nie wiedzieć Ja... - wziąłem głęboki oddech - dziękuje. Ale mama i tak zginie. Na 100% maczala w tym palce. - zagroziłem.
- Nie zabijaj Pani Jackson. Jest taka miła. - zaśmiała się Ann.
Nadal siedziałem wpatrzony w gitarę.
- No miałeś przepraszać - ponagliła mnie blondynka.
Spojrzałem na nią i uśmiechnąłem się lekko. Oparłem nogi o krzesło i zacząłem grac melodię piosenki. Nawet na chwilę nie spóściłem wzroku z Ann. Nim się zorientowałem zacząłem śpiewać słowa piosenki. Wszyscy zdawali sobie sprawę do kogo jest zaadresowana ta piosenka. Dopiero w połowie piosenki Annabeth zorientowała się o czym ona jest. Jak oparzona wstała z krzesła i pobiegla do domu. Szybko Podhalem Nico' wi gitarę i pobiegłem za nią. Siedziała tak jak przypuszczałem w moim pokoju na łóżku i wpatrywała się tempo w ścianę. Usiadłem przed nią na łóżku.
- Co się stało? Dlaczego wybiegłaś?? - spytałem.
- Chodzi o to, że ja już wcześniej coś... No coś więcej niż przyjaźń. Dzisiaj jak pocalowałeś mnie w tym basenie, a później nic nie powiedziałeś. Myślałam, że to był po prostu impuls. Że w ogóle tego nie chciałeś. - zrobiła przerwę - Teraz ta piosenka. Nie wiem co mam myśleć. - ukryła twarz w dłoniach.
Podszedłem do niej i ją przytuliłem.
- Spójrz na mnie. - złapałem ją za podbrudek i obrociłem jej twarz w moją stronę - Musisz wiedzieć, że kiedy dostałem SMS'a, w którym napisalaś, że nie przyjedziesz. Załamałem się z lekka. Jeszcze do tego kilka chwil wcześniej nawrzucałem takiej jednej, że się do mnie przystawia. - zrobiłem przerwę. - później ta wiadomość... Wykrzyczałem wtedy Nico'wi w twarz, że cie kocham. Nie mogłem dłużej samego siebie okłamywać. Po prostu... - nie powiedziałem juz nic więcej. Nie to, że nie chciałem. Raczej nie mogłem. Byłem zbyt zajęty oddawaniem pocałunków Annabeth. Robiło się coraz gorącej. Oparłem Ann plecami o chłodną ścianę. Cały czas całując. W końcu oderwaliśmy się od siebie. Nasze nosy się stykały.
- Co teraz?? - zapytała.
Uśmiechnąłem się lekko. Złapałem ja za policzki.
- Annabeth Chase, czy uczynisz mi ten zaszczyt i zostaniesz moją dziewczyną?? - popatrzyłem jej głęboko w oczy.
- Tak! - jej oczy wręcz tańczyły ze szczęścia.
Skradłem jej ostatni pocałunek z lekkim uśmiechem.
- Schodzimy na dół?
- Raczej nie mamy wyjścia. W końcu twoi goście nie mogą czekać.
Trzymając się za ręce zeszliśmy na dół. Wszyscy byli zdziwieni. Włącznie z nami. Inni, ponieważ trzymaliśmy się za ręce jak się domyśliłem, a my bo w ogrodzie pojawił się jeszcze ktoś. A w zasadzie dwie osoby.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Cześć i czołem.
Dzisiaj trochę krócej. No cóż mówi się trudno i płynie się dalej.
W następnej notce trochę się zadzieje, ale o tym przekonanie się sami
Do następnego rozdziału. Cześć!
/Chmurka
sobota, 23 kwietnia 2016
Rozdział 8
Percy
Minęło już kilka dni odkąd Josh został uznany. Codziennie przez 2 godziny razem ćwiczyliśmy szermierkę. Dni mijały mi niesamowicie szybko, tak szybko jak człowiekowi, który popada w rutynę. Przez te kilka dni codziennie atakowały nas potwory. Za każdym razem wychodziliśmy z walki bez szwanku, a Josh z każdym dniem stawał się coraz lepszy. Stwierdziliśmy, że powiemy Clairy prawde kim jesteśmy. Przyjęła to nadzwyczaj dobrze.Dziś jest dzień moich urodzin. Jest piękna pogoda, co postanowiłem wykorzystać. W ogrodzie stał długi drewniany stół, na którym poukładaliśmy różne przekąski. Przefiltrowalem wodę w basenie tak aby była czysta i można było się w niej kapac. Kiedy zakończylismy przygotowania razem z Nico, Clairy, Josh'em i Hazel czekaliśmy na resztę gości. Jako pierwsi pojawili się Jason i Piper. Później Thalia i Leo, a na samym końcu Frank. Wszystkich przedstawiłem sobie wzajemnie, a do każdego imienia z wyjątkiem Clairy dodałem informacje o boskim rodzicu. Nikt nie zapytał gdzie Annabeth, z czego pardzo się ucieszyłem. Wolałem nie poruszać tego tematu. Tak było po prostu lepiej. Każdy rozsiadł się wygodnie na swoim miejscu. Ja jako solenizant usiadłem po środku plecami do wejścia tarasowego.
Annabeth
Właśnie dojechałam pod dom Glonomóżdżka. Po cichu zapukałam do drzwi tak żeby nikt z ogrodu nie usłyszał. Wszystko było idealnie zaplanowane a ja nie mogłam tego zepsuć. Pani Jackson została juz wczesniej poinformowana o tym, że jednak przyjadę. Na palcach przeszłam przez dom i zatrzymałam się w przejściu tarasowym. Thalia zawiesiła na mnie swoje zdziwione spojrzenie. Bezgłośnie dałam jej znak żeby się nie odbywała. Wyjełam telefon z kieszeni i wysłałam, krótką wiadomość do Percy'ego. Jej treść brzmiała:
" Mam nadzieje, że nie jesteś smutny dlatego, że nie przyjechałam?"
Odpowiedź przyszła niemal natychmiast.
" Nie martw się o mnie. Wcale nie jestem smutny. "
Wiedziałam, że kłamie. Miał nieobecne spojrzenie jak zawsze kiedy się smucił. Teraz już wszyscy posyłali w moją stronę ukradkowe spojrzenia. Dobra. Teraz albo nigdy.
- Mama cię nie nauczyła Jackson, że nie wolno kłamać?? - w moim głosie był odrazu wyczuwalny sarkazmu - Nie łazrobilonie. Nie ładnie.
Nadal siedział do mnie tyłem. Nikt nie ważył się odezwać. Do Percy'ego dopiero teraz dotarł sens słów. Gwałtownie wstał z krzesła niemal je przywracając. Odwrócił się w moja stronę i spojrzał prosto w oczy. Posłałam mu pełen życzliwości uśmiech, który on odwzajemnił. Usta miał szeroko otwarte co wyglądało komicznie.
- Zamknij buzie bo ci mucha wpadnie - zaśmiałam się szczerze.
Przez chwilę stał tak jeszcze, aż w końcu się odezwał.
- Co ty tutaj robisz?? - wyjąkał.
- Stoję.- odparłam inteligentnie na co kilka zebranych osób parskneło.
- Zauważyłem. Tylko dlaczego nie jesteś w San Francisco?
- Ponieważ jestem tutaj. - znowu kilka parsknięć - od zawsze wiedziałam, że dostałeś glony zamiast mózgu w prezencie od ojca, no ale bez przesady.
Wiele nie czekając pokonałam dzieląca nas odległość kilkoma krokami i wtuliłam się mocno w Percy'ego. On w odpowiedzi przyciągnął mnie do siebie jeszcze mocniej i zamknął w niedźwiedzim uścisku. Trwaliśmy tak przez chwile po czym odsuneliśmy się od siebie. On nadal patrząc mi w oczy powiedział rozbawiony:
- Zobaczysz dostanie ci się kiedyś za te glony - zagroził.
- Ciekawe co możesz mi zrobić? - zapytałam zaciekawiona.
- Chcesz się przekonać? Będzie jak za starych dobrych czasów.
Zaczął się do mnie zbliżać. Właśnie zdałam sobie naprawę z tego co miał na myśli. Moje źrenice gwałtownie się rozszerzyły. W akcie desperacji zaczęłam cofać się do tyłu.
- Nie Percy proszę nie mam ubrań. Proszę! - błagałam go chociaż wiedziałam doskonale, że to nic nie pomoże. Znajomi z obozu również wiedzieli co się zaraz stanie. Tylko pozostała dwójka zastanawiała się o co może chodzić.
- Teraz to już za późno.
Wyszułam pod plecami nagrzaną od słońca ścianę. Świetnie!! To koniec. Podszedł do mnie schylił się i złapał mnie w okolicy kolan. Podniósł a następnie przerzucił sobie przez ramie. Odwrócił się w stronę basenu i zaczął biec. Przy krawędzi wyskoczył w powietrze i oboje wpadliśmyndo wody. O dziwo nie wynurzyliśmy się z wody. Percy utworzył wokół nas bańkę powietrza. Spojrzał mi w oczy i...wpił się w moje wargi. Z początku byłam zbyt zaskoczona żeby cokolwiek zrobić ale już po chwili z niemałą zachłannością oddałam pocałunek. Po jakimś czasie oderwalismy się od siebie i wypłyneliśmy na powierzchnię. Nie czekając na to co zrobi Percy. Wyszłam z basenu i nie patrząc na nikogo weszłam do domu. Odrazu pognałam do pokoju Percy'ego wzięłam z szafy czysty podkoszulek chłopaka i spodenki do surfowania, kiedy się przebrałam zeszłam z powrotem na dół.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Po raz kolejny witam was z nowym rozdziałem! W końcu pojawia się Percabeth. Piszcie czy chcecie kolejne rozdziały z perspektywy Ann.
/Chmurka
Rozdział 7
Percy
W naszym ogrodzie stały trzy Erynie. W ekspresowym tempie porwałem z szafki nocnej Orkan i wybiegłem z pokoju. zbiegłem po schodach na dół.
- Nico, Hazel szybko!! W ogrodzie są Erynie!!
Już po kilku sekundach całą trójką staliśmy przy drzwiach gotowi do wyjścia.
- Okay. Ja biorę tą z prawej strony, Nico z lewej, a ty Hazel tą pośrodku - wydałem polecenia.
Po schodach zbiegła mama, ale my już wybiegliśmy z domu. Nie było czasu na wyjaśnienia. Zakradliśmy się do ogrodu, tak cicho żeby potwory nas nie usłyszały. Ustawiliśmy się na pozycje i jak jeden mąż ruszyliśmy do ataku według planu, który wcześniej opracowaliśmy. Ciąłem swoją bestię w miejsce gdzie skrzydło zaczynało wyrastać z jej ciała i uciąłem je. Stwór zawył przeraźliwie, po czym ruszył w moją stronę rozwścieczony. Z trudem uniknąłem spotkania twarzą w twarz z jej szponami. Kiedy nie trafiła w swój cel lekko się zachwiała,co ja wykorzystałem na swoją korzyść. Wykonałem pchnięcie Orkanem, a Erynia rozpadła się w pył. Rozejrzałem się dookoła, sprawdzając jak radzi sobie Hazel i Nico. Hazel w momencie, w którym na nią spojrzałem zadała ostateczny cios swojemu wrogowi. Podbiegłem żeby pomóc Nico, który jeszcze zmagał się ze swoim wrogiem. Zauważyłem, że Erynia w ogóle nie zwraca na mnie uwagi więc podbiegłem do niej od tyły i wbiłem Orkan prosto w jej plecy aż po samą rękojeść. Rozpadła się w pył.
Cali zziajani weszliśmy do domu. Wytłumaczyliśmy mojej mamie co się wydarzyło.
Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że jestem jeszcze w pidżamie. Dałem kilka susów po schodach i już byłem w swoim pokoju. Podszedłem do szafy już kolejny raz tego poranka, tym razem wyjmując z niej ciuchy. Przebrałem się i z powrotem zszedłem a dół. Nalałem sobie szklankę soku po czym zasiadłem przy stole.
- Och Percy, zapomniała bym spytać - przypomniała sobie mama - czy Annabeth przyjedzie do nas wcześniej czy dopiero w dzień urodzin?
Moja twarz posmutniała. Mama najwyraźniej to zauważyła, ponieważ już po chwili zapytała:
- Percy? Stało się coś? Jesteś jakiś smutny. - w jej głosie wyczułem nutkę niepokoju.
- Nie mamo nic się nie stało - odparłem - Ann po prostu nie może przyjechać. Jej tata miał wypadek samochodowy. Musiała się nim zaopiekować.
- Tak mi przykro. Nie smuć się. - próbowała mnie pocieszyć.
- Nie smucę się. Chodzi o to, że nie widzieliśmy się od zeszłych wakacji. Miałem nadzieje, że chociaż podczas urodzin pobędziemy ze sobą. Ale to nic. Nie martw się o mnie już się z tym pogodziłem - skłamałem.
Wcale się z tym nie pogodziłem. I jak na razie wcale się na to nie zanosiło.
Postanowiłem, że zanim pójdę spotkać się z Josh'em poćwiczę trochę grę na gitarze.Wyjąłem z szafy stary i wysłużony już instrument. Usiadłem na brzegu łóżka i zacząłem palcami szarpać struny wygrywając melodie. Na kurs gry na gitarze zapisałem się jakoś na początku wakacji. Annabeth powiedziała mi kiedyś, że strasznie lubi dźwięk gitary. Zapisując się pomyślałem, że kiedy się spotkamy będę mógł jej coś zagrać. Najwyraźniej będę musiał z tym trochę poczekać.
Nie zauważyłem jak od dłuższej chwili przygląda mi się mama.
- Pięknie grasz - powiedziała - nigdy nie powiedziałeś mi dlaczego tak nagle zapisałeś się na ten kurs. Dlaczego? - uśmiechnęła się.
- Annabeth strasznie lubi dźwięk gitary. To miała być niespodzianka kiedy przyjedzie, ale musi trochę poczekać. - powiedziałem cicho.
- Na pewno będzie bardzo szczęśliwa kiedy posłucha jak grasz. - i wyszła z pokoju.
Do spotkania zostały mi jeszcze 3 godziny. Chwyciłem Orkan i zdjąłem skuwkę. Moim oczom ukazał się długi jak moje ramie i połyskujący w promieniach słonecznych miecz. Prezent od mojego ojca. Dokładnie przyjrzałem się rękojeści na której widniał napis Anaklysmos. Pogrążony w zadumie zdałem sobie sprawę jak dawno nie widziałem mojego przyrodniego brata Tysona. Tyson jest cyklopem. Mieszka razem z moim tatą w jego pałacu na dnie oceanu.
Spojrzałem na zegarek. Jest już 15:30. Wziąłem z łóżka moją torbę z rzeczami na basen i ruszyłem na spotkanie z Josh'em. Czekał już na mnie pod basenem z szerokim uśmiechem na ustach. Niestety ja widziałem, że to tylko przykrywka. Zbyt dobrze go znałem i wiedziałem, że tak naprawdę coś go trapi.
- Cześć! - mruknąłem na przywitanie.
- Siema. Chodźmy już. Chcę z tobą o czymś porozmawiać. - zaczął iść w stronę plaży niedaleko basenu.
- Myślałem, że mieliśmy iść na basen. - spojrzałem w jego stronę i zaniemówiłem. Josh stał tam na środku plaży nie wiedząc co się dzieje. Nad jego głową jasno świecił znak. Jakby hologram. Ale ja wiedziałem, że to nie był hologram. Josh właśnie został uznany przez swojego boskiego rodzica. Co jeszcze dziwniejsze znak nad jego głową miał kształt... BŁYSKAWICY!! Nie mogłem uwierzyć. Josh właśnie został uznany przez Zeusa!
-Josh - zacząłem - musimy iść do domu i to natychmiast! - pociągnąłem go za ramie w stronę domu. Na szczęście po drodze nie napotkaliśmy żadnego potwora.
Wpadłem do domu jak burza.
- Siedź tutaj i nigdzie się nie ruszaj. Jasne?? - Ja zaraz wracam.
- Okay. Okay - powiedział zdezorientowany Josh.
Wbiegłem po schodach na górę do pokoju Nica i Hazel.
- Schodźcie na dół! Szybko! To ważne. - i wybiegłem z pokoju.
- Okay, ale co się dzieje? - spytał Nico.
- Na dole dowiesz się wszystkiego.
Wszyscy usiedliśmy przy stole. Nawet moja mama.
- Wiem, że będzie wam trudno uwierzyć, ale dobra. - zacząłem - Josh nie jest zwykłym człowiekiem. - nie dokończyłem bo odezwał się Josh.
- Jak to nie jestem zwykłym człowiekiem? Co ty bredzisz?! - wykrzyknął pytanie.
- Proszę cię nie przerywaj mi. Jak skończę to odpowiem na wszystkie twoje pytania. Okej... - kontynuowałem to co przerwał Josh - jak już mówiłem Josh nie jest zwykłym człowiekiem. Jest półbogiem. Dzisiaj kiedy poszliśmy na plaże został uznany. - skończyłem.
- Przez kogo? - zapytała Hazel.
- Eeee.... no bo on... no on.... on jest synem tego.. no - nie mogłem się wysłowić
- No powiedz to wreszcie. - poganiała mnie mama.
- JoshjestsynemZeusa - wymamrotałem szybko.
- Czyim synem jest?
- Powoli Percy.
- Okay. Powiem wam. Josh jest synem... jest synem Zeusa.
Po mojej wypowiedzi zapadła grobowa cisza. Wszyscy byli w gęstym szoku.
- Jeszcze raz. Możesz powtórzyć czyim jestem synem? - wyjąkał Josh.
- Jesteś półbogiem i jesteś synem Zeusa. -odparłem już pewniej.
- Co teraz? Musimy poinformować Chejrona. - powiedział Nico.
- Wiem ale nie zrobimy tego teraz. Za 10 dni są moje urodziny. Nico sam powiedziałeś, że będzie też Chejron żeby poinformować mnie o misji. Wtedy mu powiemy-zawyrokowałem.
- Chwila. Może mi ktoś wyjaśnić o co w tym wszystkim chodzi? Jakim półbogiem? Jakim Zeusem? I kto to jest Chejron?!- Josh niezbyt radził sobie z niewiedzą.
-Hazel możesz mu to wszystko wytłumaczyć? - powiedziałem.
-Dobrze.- zaczęła - Pewnie czytałeś kiedyś mity Greckie. Mam racje?
- No.. tak. - odparł.
- Świetnie. Jak zapewne pamiętasz w mitach występują Bogowie oraz potwory. Czasami ci Bogowie mają dzieci ze śmiertelnikami. Te dzieci nazywały się..
- Półbogowie. - wpadł jej w słowo blondyn.
- Właśnie. Kluczem do odpowiedzi na wszystkie twoje pytania jest to, że te mity to nie są mity. To wszystko jest prawdziwe. - westchnęła - Bogowie wraz ze swoją siedzibą, Olimpem przemieszczając się wraz z cywilizacją zachodu. Jak wiesz wśród bogów są ci ważni i ci mniej ważni. Wielka trójka czyli bracia Zeus - bóg niebios, Posejdon - bóg mórz i oceanów oraz Hades - bóg podziemia. Ty jesteś synem Zeusa. - zakończyła Hazel.
- Nigdy nie zastanawiałeś się dlaczego nie masz ojca? Mama pewnie mówiła ci, że wyjechał, zostawił was, albo umarł kiedy byłeś mały. Otóż nie umarł ale żyje i jest nieśmiertelny. Grzeje sobie ciepłą posadkę na Olimpie. - za oknem dało się słyszeć dźwięk rozdzierającej niebo błyskawicy - ups.. Zeus się chyba zezłościł.
- Czekajcie. Skąd wy tyle o tym wszystkim wiecie?? -zapytał już trochę spokojniej Josh.
- My też jesteśmy herosami - odparła Hazel - pewnie chciałbyś wiedzieć kim są nasi rodzice?
Chłopak w odpowiedzi pokiwał tylko twierdząco głową.
- Moim i Nica ojcem jest Hades. - odpowiedziała mu Hazel.
- Kto jest ojcem Percy'ego? - Josh był bardzo dociekliwy.
Hazel już gotowała się do odpowiedzi, ale ją uprzedziłem.
- Moim ojcem jest Posejdon - burknąłem jakby to była dla mnie obraza.
- Fajnie czyli wszyscy jesteśmy dziećmi wielkiej trójki jeśli dobrze rozumiem?
- Tak.
- Nadal trudno mi w to uwierzyć. A co jeśli nie mówicie mi prawdy?? Chce dowodów. - powiedział bez zastanowienia Josh.
- Percy jest dzieckiem Posejdona i ma specjalny dar. Potrafi kontrolować wodę. Taki dowód wystarczy? - spytał zniecierpliwiony Nico.
- Niech pokaże. Inaczej nie uwierzę.
Wszyscy na mnie patrzyli. Wiedziałem, że jeśli mu nie pokaże to nie odpuści. Należał bowiem do osób bardzo upartych. Zatrzymałem wzrok na szklance z wodą. Chwilkę się w nią wpatrywałem a jej zawartość zaczęła płynąc w stronę Josha. Chłopak otworzył szerzej oczy. Chyba naprawdę myślał, że sobie z niego żartujemy.
- Teraz wierzysz? - spytałem.
- Tak teraz wierzę.
-Okay. Dzisiaj zostajesz u nas. Nie możemy ryzykować, że po drodze napadną cię potwory. Na górze jest twoja sypialnia.
Nie czekając na odzew z czyjejkolwiek strony ruszyłem do pokoju. Nawet się nie przebrałem tylko w ubraniach położyłem się spać. Po kilku minutach oddałem się w objęcia Morfeusza.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ Cześć i czołem!!
Oto kolejny na maksa długi rozdział.
Życzę miłego czytania! PA!!
/Churka
W naszym ogrodzie stały trzy Erynie. W ekspresowym tempie porwałem z szafki nocnej Orkan i wybiegłem z pokoju. zbiegłem po schodach na dół.
- Nico, Hazel szybko!! W ogrodzie są Erynie!!
Już po kilku sekundach całą trójką staliśmy przy drzwiach gotowi do wyjścia.
- Okay. Ja biorę tą z prawej strony, Nico z lewej, a ty Hazel tą pośrodku - wydałem polecenia.
Po schodach zbiegła mama, ale my już wybiegliśmy z domu. Nie było czasu na wyjaśnienia. Zakradliśmy się do ogrodu, tak cicho żeby potwory nas nie usłyszały. Ustawiliśmy się na pozycje i jak jeden mąż ruszyliśmy do ataku według planu, który wcześniej opracowaliśmy. Ciąłem swoją bestię w miejsce gdzie skrzydło zaczynało wyrastać z jej ciała i uciąłem je. Stwór zawył przeraźliwie, po czym ruszył w moją stronę rozwścieczony. Z trudem uniknąłem spotkania twarzą w twarz z jej szponami. Kiedy nie trafiła w swój cel lekko się zachwiała,co ja wykorzystałem na swoją korzyść. Wykonałem pchnięcie Orkanem, a Erynia rozpadła się w pył. Rozejrzałem się dookoła, sprawdzając jak radzi sobie Hazel i Nico. Hazel w momencie, w którym na nią spojrzałem zadała ostateczny cios swojemu wrogowi. Podbiegłem żeby pomóc Nico, który jeszcze zmagał się ze swoim wrogiem. Zauważyłem, że Erynia w ogóle nie zwraca na mnie uwagi więc podbiegłem do niej od tyły i wbiłem Orkan prosto w jej plecy aż po samą rękojeść. Rozpadła się w pył.
Cali zziajani weszliśmy do domu. Wytłumaczyliśmy mojej mamie co się wydarzyło.
Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że jestem jeszcze w pidżamie. Dałem kilka susów po schodach i już byłem w swoim pokoju. Podszedłem do szafy już kolejny raz tego poranka, tym razem wyjmując z niej ciuchy. Przebrałem się i z powrotem zszedłem a dół. Nalałem sobie szklankę soku po czym zasiadłem przy stole.
- Och Percy, zapomniała bym spytać - przypomniała sobie mama - czy Annabeth przyjedzie do nas wcześniej czy dopiero w dzień urodzin?
Moja twarz posmutniała. Mama najwyraźniej to zauważyła, ponieważ już po chwili zapytała:
- Percy? Stało się coś? Jesteś jakiś smutny. - w jej głosie wyczułem nutkę niepokoju.
- Nie mamo nic się nie stało - odparłem - Ann po prostu nie może przyjechać. Jej tata miał wypadek samochodowy. Musiała się nim zaopiekować.
- Tak mi przykro. Nie smuć się. - próbowała mnie pocieszyć.
- Nie smucę się. Chodzi o to, że nie widzieliśmy się od zeszłych wakacji. Miałem nadzieje, że chociaż podczas urodzin pobędziemy ze sobą. Ale to nic. Nie martw się o mnie już się z tym pogodziłem - skłamałem.
Wcale się z tym nie pogodziłem. I jak na razie wcale się na to nie zanosiło.
Postanowiłem, że zanim pójdę spotkać się z Josh'em poćwiczę trochę grę na gitarze.Wyjąłem z szafy stary i wysłużony już instrument. Usiadłem na brzegu łóżka i zacząłem palcami szarpać struny wygrywając melodie. Na kurs gry na gitarze zapisałem się jakoś na początku wakacji. Annabeth powiedziała mi kiedyś, że strasznie lubi dźwięk gitary. Zapisując się pomyślałem, że kiedy się spotkamy będę mógł jej coś zagrać. Najwyraźniej będę musiał z tym trochę poczekać.
Nie zauważyłem jak od dłuższej chwili przygląda mi się mama.
- Pięknie grasz - powiedziała - nigdy nie powiedziałeś mi dlaczego tak nagle zapisałeś się na ten kurs. Dlaczego? - uśmiechnęła się.
- Annabeth strasznie lubi dźwięk gitary. To miała być niespodzianka kiedy przyjedzie, ale musi trochę poczekać. - powiedziałem cicho.
- Na pewno będzie bardzo szczęśliwa kiedy posłucha jak grasz. - i wyszła z pokoju.
Do spotkania zostały mi jeszcze 3 godziny. Chwyciłem Orkan i zdjąłem skuwkę. Moim oczom ukazał się długi jak moje ramie i połyskujący w promieniach słonecznych miecz. Prezent od mojego ojca. Dokładnie przyjrzałem się rękojeści na której widniał napis Anaklysmos. Pogrążony w zadumie zdałem sobie sprawę jak dawno nie widziałem mojego przyrodniego brata Tysona. Tyson jest cyklopem. Mieszka razem z moim tatą w jego pałacu na dnie oceanu.
Spojrzałem na zegarek. Jest już 15:30. Wziąłem z łóżka moją torbę z rzeczami na basen i ruszyłem na spotkanie z Josh'em. Czekał już na mnie pod basenem z szerokim uśmiechem na ustach. Niestety ja widziałem, że to tylko przykrywka. Zbyt dobrze go znałem i wiedziałem, że tak naprawdę coś go trapi.
- Cześć! - mruknąłem na przywitanie.
- Siema. Chodźmy już. Chcę z tobą o czymś porozmawiać. - zaczął iść w stronę plaży niedaleko basenu.
- Myślałem, że mieliśmy iść na basen. - spojrzałem w jego stronę i zaniemówiłem. Josh stał tam na środku plaży nie wiedząc co się dzieje. Nad jego głową jasno świecił znak. Jakby hologram. Ale ja wiedziałem, że to nie był hologram. Josh właśnie został uznany przez swojego boskiego rodzica. Co jeszcze dziwniejsze znak nad jego głową miał kształt... BŁYSKAWICY!! Nie mogłem uwierzyć. Josh właśnie został uznany przez Zeusa!
-Josh - zacząłem - musimy iść do domu i to natychmiast! - pociągnąłem go za ramie w stronę domu. Na szczęście po drodze nie napotkaliśmy żadnego potwora.
Wpadłem do domu jak burza.
- Siedź tutaj i nigdzie się nie ruszaj. Jasne?? - Ja zaraz wracam.
- Okay. Okay - powiedział zdezorientowany Josh.
Wbiegłem po schodach na górę do pokoju Nica i Hazel.
- Schodźcie na dół! Szybko! To ważne. - i wybiegłem z pokoju.
- Okay, ale co się dzieje? - spytał Nico.
- Na dole dowiesz się wszystkiego.
Wszyscy usiedliśmy przy stole. Nawet moja mama.
- Wiem, że będzie wam trudno uwierzyć, ale dobra. - zacząłem - Josh nie jest zwykłym człowiekiem. - nie dokończyłem bo odezwał się Josh.
- Jak to nie jestem zwykłym człowiekiem? Co ty bredzisz?! - wykrzyknął pytanie.
- Proszę cię nie przerywaj mi. Jak skończę to odpowiem na wszystkie twoje pytania. Okej... - kontynuowałem to co przerwał Josh - jak już mówiłem Josh nie jest zwykłym człowiekiem. Jest półbogiem. Dzisiaj kiedy poszliśmy na plaże został uznany. - skończyłem.
- Przez kogo? - zapytała Hazel.
- Eeee.... no bo on... no on.... on jest synem tego.. no - nie mogłem się wysłowić
- No powiedz to wreszcie. - poganiała mnie mama.
- JoshjestsynemZeusa - wymamrotałem szybko.
- Czyim synem jest?
- Powoli Percy.
- Okay. Powiem wam. Josh jest synem... jest synem Zeusa.
Po mojej wypowiedzi zapadła grobowa cisza. Wszyscy byli w gęstym szoku.
- Jeszcze raz. Możesz powtórzyć czyim jestem synem? - wyjąkał Josh.
- Jesteś półbogiem i jesteś synem Zeusa. -odparłem już pewniej.
- Co teraz? Musimy poinformować Chejrona. - powiedział Nico.
- Wiem ale nie zrobimy tego teraz. Za 10 dni są moje urodziny. Nico sam powiedziałeś, że będzie też Chejron żeby poinformować mnie o misji. Wtedy mu powiemy-zawyrokowałem.
- Chwila. Może mi ktoś wyjaśnić o co w tym wszystkim chodzi? Jakim półbogiem? Jakim Zeusem? I kto to jest Chejron?!- Josh niezbyt radził sobie z niewiedzą.
-Hazel możesz mu to wszystko wytłumaczyć? - powiedziałem.
-Dobrze.- zaczęła - Pewnie czytałeś kiedyś mity Greckie. Mam racje?
- No.. tak. - odparł.
- Świetnie. Jak zapewne pamiętasz w mitach występują Bogowie oraz potwory. Czasami ci Bogowie mają dzieci ze śmiertelnikami. Te dzieci nazywały się..
- Półbogowie. - wpadł jej w słowo blondyn.
- Właśnie. Kluczem do odpowiedzi na wszystkie twoje pytania jest to, że te mity to nie są mity. To wszystko jest prawdziwe. - westchnęła - Bogowie wraz ze swoją siedzibą, Olimpem przemieszczając się wraz z cywilizacją zachodu. Jak wiesz wśród bogów są ci ważni i ci mniej ważni. Wielka trójka czyli bracia Zeus - bóg niebios, Posejdon - bóg mórz i oceanów oraz Hades - bóg podziemia. Ty jesteś synem Zeusa. - zakończyła Hazel.
- Nigdy nie zastanawiałeś się dlaczego nie masz ojca? Mama pewnie mówiła ci, że wyjechał, zostawił was, albo umarł kiedy byłeś mały. Otóż nie umarł ale żyje i jest nieśmiertelny. Grzeje sobie ciepłą posadkę na Olimpie. - za oknem dało się słyszeć dźwięk rozdzierającej niebo błyskawicy - ups.. Zeus się chyba zezłościł.
- Czekajcie. Skąd wy tyle o tym wszystkim wiecie?? -zapytał już trochę spokojniej Josh.
- My też jesteśmy herosami - odparła Hazel - pewnie chciałbyś wiedzieć kim są nasi rodzice?
Chłopak w odpowiedzi pokiwał tylko twierdząco głową.
- Moim i Nica ojcem jest Hades. - odpowiedziała mu Hazel.
- Kto jest ojcem Percy'ego? - Josh był bardzo dociekliwy.
Hazel już gotowała się do odpowiedzi, ale ją uprzedziłem.
- Moim ojcem jest Posejdon - burknąłem jakby to była dla mnie obraza.
- Fajnie czyli wszyscy jesteśmy dziećmi wielkiej trójki jeśli dobrze rozumiem?
- Tak.
- Nadal trudno mi w to uwierzyć. A co jeśli nie mówicie mi prawdy?? Chce dowodów. - powiedział bez zastanowienia Josh.
- Percy jest dzieckiem Posejdona i ma specjalny dar. Potrafi kontrolować wodę. Taki dowód wystarczy? - spytał zniecierpliwiony Nico.
- Niech pokaże. Inaczej nie uwierzę.
Wszyscy na mnie patrzyli. Wiedziałem, że jeśli mu nie pokaże to nie odpuści. Należał bowiem do osób bardzo upartych. Zatrzymałem wzrok na szklance z wodą. Chwilkę się w nią wpatrywałem a jej zawartość zaczęła płynąc w stronę Josha. Chłopak otworzył szerzej oczy. Chyba naprawdę myślał, że sobie z niego żartujemy.
- Teraz wierzysz? - spytałem.
- Tak teraz wierzę.
-Okay. Dzisiaj zostajesz u nas. Nie możemy ryzykować, że po drodze napadną cię potwory. Na górze jest twoja sypialnia.
Nie czekając na odzew z czyjejkolwiek strony ruszyłem do pokoju. Nawet się nie przebrałem tylko w ubraniach położyłem się spać. Po kilku minutach oddałem się w objęcia Morfeusza.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ Cześć i czołem!!
Oto kolejny na maksa długi rozdział.
Życzę miłego czytania! PA!!
/Churka
piątek, 22 kwietnia 2016
Rozdział 6
Percy
Niestety. Hazel i Nico postanowili ruszyć za mną, zamiast dać mi chwile wytchnienia. Ja po prostu potrzebowałem się uspokoić, przemyśleć wszystko. Chciałbym móc zarzucić dzieciom Hadesa, że skłamali mówiąc iż tą imprezę organizowałem z myślą o Ann. Niestety nie mogę tego powiedzieć, ponieważ mają 100% racji. Tak bardzo chciałem się z nią spotkać, a teraz mogę sobie tylko pomarzyć. No cóż, nie można mieć wszystkiego co sie tylko chce. Poczekam do następnych wakacji albo do kolejnych urodzin Annabeth.
Nim się obejrzałem Nico zrównał ze mną kroku.- Stary nie załamuj się! Przecierz to jeszcze nie koniec świata. Zawsze możecie się spotkać we wakacje - próbował mnie nieskutecznie pocieszyć.
- Nie załamuje się - oczywiście skłamałem, bo tak naprawdę byłem w totalnej rozsypce - i owszem to jest koniec świata.
- Poza tym, naprawdę wierzysz, że skoro nie wróciła do obozu w tym roku, to wróci w przyszłym?? Ja nie jestem aż takim głupcem - dokończyłem wypowiedź.
- Ok. W takim razie inaczej. Popatrz na to z innej strony spotkasz się z resztą znajomych. Annabeth to nie wszystko. - urwał na chwilę - chyba, że ty naprawdę czujesz do niej cos więcej niż tylko przyjaźń. Mam racje?
Wiedziałem, że nie odpóści. Wiec postanowiłem powiedzieć co czuje, miałem juz dość ciągłego tłamszenia tego wszystkiego.
Stanąłem w miejscu, a Nico razem ze mną.
Zupełnie zapominając o tym, że za nami wyszli też Clairy i Josh.
- Kochasz ją?? - zapytał Nico.
Zaśmiałem się w duchu z tego pytania, ale pod wpływem emocji wykrzyknąłem na tyle głośno, że z pewnością wszyscy nasz słyszeli.
- Chcesz wiedzieć czy ją kocham tak!? - pod koniec wypowiedzi zaśmiałem się - Tak do cholery!! Kocham ją!! Kocham Annabeth Chase! Kocham dziewczynę, za którą wskoczyłem do Tartaru! - przyjaciele patrzyli na mnie jak na dziwaka. Dzieci Hadesa bo nie spodziewali się tego o czym teraz mowię, a pozostali zastanawiali się prawdopodobnie o co chodzi z tym Tartarem. -tak cholernie mi zależało żeby przyjechała. Ale nie przyjedzie. I ja nie mogę nic na to poradzić. - Głos mi się załamywał.
- Percy, my nie wiedzieliśmy. - powiedziała smutnym głosem Hazel.
- Nie mogliście wiedzieć. Nikt nie wiedzial, ale ja już tak dłużej mi mogę! Chciałem jej powiedzieć. Kiedy przyjedzie. Teraz wiem, że to nie sensu.
Spuściłem głowę. Czułem się całkowicie bezradny. Taki wybrany z chęci do życia.
- Skoro ją kochasz to walcz Percy!! Chcesz to tak zostawić?? Przyjaźnicie się odkąd mieliście 12 lat! To ci nie wystarcza?? - zaczął krzyczeć tym razem Nico. Josh i Clairy przyglądali się całej tej sytuacji ze zdziwieniem.
- Nie chodzi o to czy mi to wystarcza, czy nie wystarcza. Gdyby chciała czegoś więcej niż przyjaźni powiedziałaby mi to - odpowiedziałem już normalnym głosem.
- Percy, jeśli mogę się wtrącić. Jak ja moje oko może ona tak samo jak ty po prostu się boi.- powiedziała niepewnie Clairy z lekkim pokrzepiajacym uśmiechem na ustach.
- Nieważne. Nie chcę wiecej o tym rozmawiać. - westchnąłem cicho - Nico, Hazel musimy już iść mama zapewne czeka już z kolacją. Ruszylismy do domu. Razem z mamą mieszkaliśmy w małym domu, który w zupełności odpowiadał naszym potrzebą. W czasie wakacji za domem w ogrodzie stał basen pełen wody. Bo czy wyobrażacie sobie dom dziecka Posejdona, w którym nie ma basenu? Jeśli tak uważacie to jesteście doprawdy śmieszni.
Po tym jak wspólnie dotarliśmy do domu, razem z moją mamą zjedliśmy kolację i wszyscy udali się do swoich pokoi. Wziąłem szybką kąpiel i położyłem się do łóżka biorąc wcześniej z biurka odtwarzacz MP3. Przed zaśnięciem odsłuchałem kilka piosenek mojego ulubionego zespołu " The Neighbourhood " później pamiętam tylko jak zasnąłem.
Obudziłem się rano i jeszcze w pidżamie zszedłem na dół napić się wody. Nie ukrywam odrobinę się zdziwiłem kiedy w kuchni zastałem Hazel. Z tego co zauważyłem też była jeszcze w pidżamie. Stała przy kuchence i coś smażyła.
- Hej. Jak się spało?? - zagadnąłem ją.
- Świetnie. Macie bardzo wygodne łóżka. Masz może ochotę na naleśniki?? - odparła wesoło. Czasami poważnie się zastanawiał skąd w tej dziewczynie tyle energii i radości do życia.
- Chętnie spróbuje. Nie wiedziałem , że potrafisz gotować.
- Bo nie potrafie. Naleśniki i woda to chyba jedyne rzeczy, których nie przypalam. - w jej głosie było czuć ironię.
Usiedliśmy przy stole po czym powoli zaczęliśmy przeżuwać naleśniki z Nutellą. Były naprawdę dobre, Ann byłaby w niebo wzięta, pomyślałem. Kurcze Percy! Przestań się zadręczać. Po prostu zapomnij.
- Znowu odleciałeś Percy. - szepnęła Hazel, machając delikatnie ręką przed moimi oczami. - Cały czas o niej myślisz??
Potaknąłem twierdząco głową.
- Niby wiem, że powinienem działać jeśli chcę coś osiągnąć, ale najzwyczajnej w świecie boje się, że zepsuje naszą przyjaźń.- mruknąłem niewyraźnie.
- Nie warto tak się tym wszystkim zadręczać. Jeśli kocha to zrozumie. - uśmiechnięta powiedziała wychodząc z kuchni.
Włożyłem talerze do zmywarki i również udałem się do swojego pokoju. Wziąłem z półki laptop. Włączyłem Facebook'a i zacząłem mozolnie przeglądać posty dodawane przez moich znajomych. W prawym dolnym rogu ekranu zobaczyłem, że Josh jest dostępny na czacie. On najwyraźniej też mnie zauważył, ponieważ już po chwili mogłem odczytać wiadomość.
Josh: " Hej. Jak tam po wczorajszym??"
Znowu to samo pytanie. Ciągle tylko jak się czujesz? Wszystko dobrze? Nie nic nie jest dobrze.
Percy: "Nie za dobrze. Nie mogłem spać przez pół nocy."
Josh: " Może chcesz się dziś spotkać? W jakimś ustronnym miejscu?"
W sumie to nie taki najgorszy pomysł. Muszę w końcu powiedzieć Josh' owi i Clairy kim jestem.
Percy: " Ok. Będę czekał na ciebie o 16:00 przed basenem. Pasuje ci ta godzina??"
Josh: " Jasne. Na pewno będę. Narazie."
Użytkownik niedostępny
Odłożyłem laptop na półkę. Wstałem i podszedłem do szafy z ubraniami. Dziś dzień był nieco chłodniejszy, ale nie to mnie zdziwiło kiedy zerknąłem przez okno. W naszym ogrodzie stała......
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Hej to znowu ja!!
Kolejny rozdział napisany. Z powodu przypływu weny rozdziały pojawiają się tak często. W tym tygodniu planuje jeszcze przynajmniej jeden, a może nawet więcej. Zobaczy się.
Do zobaczenia!!
/Chmurka
Rozdział 5
Percy
Jechałem wzdłuż toru nie zważając na prędkość. Nie obchodziło mnie zbytnio co myśli Alice. Minęło 20 minut, a dziewczyna zapytała czy może wysiąść. Zatrzymałem się w miejscu, w którym wchodziło się na tor i poczekałem , aż Alice wysiądzie. Odczekałem chwile, a ona w tym czasie pośpiesznie opuściła samochodzik. Zacząłem odjeżdżać, byle tylko jak najdalej od niej. Ostatnio zauważyłem, że ta znajomość robi się niezdrowa, więc postanowiłem, że przy najbliższej okazji pogadam z nią o tym. Moje rozmyślania pochłonęły mnie tak bardzo, że nie zauważyłem nawet kiedy przejechałem niebezpiecznie blisko Nica i Clairy. Wykonałem gwałtowny ruch kierownicą, tym samym lądując przodem go-karta w barierce, która oddzielała tor od reszty pomieszczenia. Nico błyskawicznie wysiadł ze swojego pojazdu i podbiegł do mnie. Zauważyłem, że zaraz za nim biegną Hazel z Josh'em, a na samym końcu Alice i Clairy. Wszyscy zebrali się wokół mnie.
- Stary! Nic ci nie jest?! - zapytał z niepokojem Nico.
- Nie. Nic mi nie jest - odpowiedziałem.
- Oczywiście, że nic mu nie jest! Nasz Percy jest przecież niezniszczalny! - wykrzyknął z nutką rozbawienia Josh, na co Hazel parsknęła śmiechem.
Niespodziewanie poczułem jak ktoś rzuca mi się na szyję. Pochwyciłem w mgnieniu oka, że to była Alice. Nie bawiąc się w uprzejmości. Niezbyt delikatnie ją od siebie odtrąciłem i zapytałem z oskarżeniem w głosie:
- Co ty do cholery jasnej odwalasz?! - tego było już za wiele. Nie będę czekał z rozmową. Zrobię to tutaj na oczach ich wszystkich.
- Percy, ja przepraszam nie wiem co się ze mną dzieje - odpowiedziała, a jej głos brzmiał jakby błagała żebym jej nie zabijał.
- Nie wiesz co się dzieje, tak?! - teraz to już dosłownie się darłem - Ja ci powiem co się dzieje! Przystawiasz się do mnie od dobrych 2 tygodni. Kleisz się, wykorzystujesz każdą najdrobniejszą sytuacje! - widziałem jak w jej oczach wzbierają łzy - Próbowałem dyskretnie dać ci znać, że masz się ode mnie odwalić, ale albo jesteś tak tępa, że tego nie widzisz albo nie chcesz widzieć! Mam tego dość! Powiem więcej - mój ton się już uspakajał - nawet nie jest mi przykro, że mówię ci to tutaj w obecności naszych znajomych.
Wszyscy byli zdezorientowani. Najbardziej chyba Josh i Clairy, którzy uznawali mnie za człowieka, który zawsze panuje nad swoimi emocjami. Wyszedłem z samochodziku, kiedy odezwała się moja komórka. Nigdy w życiu nie spodziewałbym się tego od kogo była wiadomość ani jaką treść mogła zawierać. Postanowiłem odczytać ją od razu. Miałem przeczucie, że nie ma w niej nic z czego byłem zadowolony, a moje nerwy były i tak już doszczętnie zniszczone. Poczułem kolejną falę złości. Treść SMS'a brzmiała:
"Percy strasznie mi przykro, ale nie mogę pojawić się na twoich urodzinach. Mój tata miał wypadek samochodowy, a ja muszę się nim zająć dopóki nie wróci do zdrowia. Naprawdę bardzo mi przykro, mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe. Twoja najlepsza przyjaciółka Annabeth."
Znajomi przypatrywali mi się w milczeniu zastanawiając się co takiego zawierał SMS. Czułem jak moja twarz tężeje i z wyrazu opanowania nie zostaje już nic. Nie wytrzymałem i wydarłem się na całe gardło.
- KURWA!!!!!! - czy to mógł być gorszy dzień? Otóż nie.
- Co się stało Percy? - zapytała Hazel. Od razu kiedy na nią popatrzyłem wyraz mojej twarzy złagodniał.
- Na urodzinach nie pojawią się dwie osoby - warknąłem -Nie będzie Alice i... - zrobiłem krótką przerwę - Annabeth. Jej tata miał wypadek samochodowy.
Miny Nica i Hazel wyrażały zrozumienie, a Josh'a i Clairy pytanie. Nie byłem w stanie nic powiedzieć. Po prostu opadłem na podłogę i oparłem się o filar. Zamiast mnie na pytające spojrzenia zdołała odpowiedzieć Hazel.
- Annabeth to nasza przyjaciółka. Mieszka w San Francisco. Widują się tylko raz do roku na dwa miesiące. Kiedy oboje wyjeżdżają do takiego letniego obozu. W tym roku Annabeth postanowiła, że nie jedzie więc Percy też został tutaj. Jedyną szansą na spotkanie w tym roku były urodziny Percy'ego. Josh sam dobrze wie, że mieli być wszyscy nasi najlepsi przyjaciele. Wiecie takie grupowe spotkanie. Teraz Ann nie może przyjechać -powiedziała - a mnie się wydaje, że dla Percy'ego to był najważniejszy cel tej imprezy. - dodała już prawie niesłyszalnie.
- Hazel ma racje. - dokończył Nico - Kiedyś Percy nigdy nie wyprawiał urodzin. Zawsze najpierw wszyscy odpalaliśmy świeczki na torcie, a później razem z Annabeth zaszywali się gdzieś. Nigdy nikt ich nie znalazł. - zakończył na dobre swoją wypowiedź.
Nie mogłem już dłużej tego słuchać. Podniosłem się na nogi. Wziąłem z podłogi telefon, a raczej jego części, ponieważ w nerwach rzuciłem nim o podłogę. Zwartym krokiem ruszyłem w stronę domu. Nie czekałem na Nica i Hazel. Wiedziałem, że znają drogę do domu.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Witam!
Dziś kolejny rozdział naszego Percabeth. Szczerze? Wkurzała mnie już Alice.
Dzięki za uwagę i pa!! CZYTASZ=KOMENTUJESZ!!!
/Chmurka
Jechałem wzdłuż toru nie zważając na prędkość. Nie obchodziło mnie zbytnio co myśli Alice. Minęło 20 minut, a dziewczyna zapytała czy może wysiąść. Zatrzymałem się w miejscu, w którym wchodziło się na tor i poczekałem , aż Alice wysiądzie. Odczekałem chwile, a ona w tym czasie pośpiesznie opuściła samochodzik. Zacząłem odjeżdżać, byle tylko jak najdalej od niej. Ostatnio zauważyłem, że ta znajomość robi się niezdrowa, więc postanowiłem, że przy najbliższej okazji pogadam z nią o tym. Moje rozmyślania pochłonęły mnie tak bardzo, że nie zauważyłem nawet kiedy przejechałem niebezpiecznie blisko Nica i Clairy. Wykonałem gwałtowny ruch kierownicą, tym samym lądując przodem go-karta w barierce, która oddzielała tor od reszty pomieszczenia. Nico błyskawicznie wysiadł ze swojego pojazdu i podbiegł do mnie. Zauważyłem, że zaraz za nim biegną Hazel z Josh'em, a na samym końcu Alice i Clairy. Wszyscy zebrali się wokół mnie.
- Stary! Nic ci nie jest?! - zapytał z niepokojem Nico.
- Nie. Nic mi nie jest - odpowiedziałem.
- Oczywiście, że nic mu nie jest! Nasz Percy jest przecież niezniszczalny! - wykrzyknął z nutką rozbawienia Josh, na co Hazel parsknęła śmiechem.
Niespodziewanie poczułem jak ktoś rzuca mi się na szyję. Pochwyciłem w mgnieniu oka, że to była Alice. Nie bawiąc się w uprzejmości. Niezbyt delikatnie ją od siebie odtrąciłem i zapytałem z oskarżeniem w głosie:
- Co ty do cholery jasnej odwalasz?! - tego było już za wiele. Nie będę czekał z rozmową. Zrobię to tutaj na oczach ich wszystkich.
- Percy, ja przepraszam nie wiem co się ze mną dzieje - odpowiedziała, a jej głos brzmiał jakby błagała żebym jej nie zabijał.
- Nie wiesz co się dzieje, tak?! - teraz to już dosłownie się darłem - Ja ci powiem co się dzieje! Przystawiasz się do mnie od dobrych 2 tygodni. Kleisz się, wykorzystujesz każdą najdrobniejszą sytuacje! - widziałem jak w jej oczach wzbierają łzy - Próbowałem dyskretnie dać ci znać, że masz się ode mnie odwalić, ale albo jesteś tak tępa, że tego nie widzisz albo nie chcesz widzieć! Mam tego dość! Powiem więcej - mój ton się już uspakajał - nawet nie jest mi przykro, że mówię ci to tutaj w obecności naszych znajomych.
Wszyscy byli zdezorientowani. Najbardziej chyba Josh i Clairy, którzy uznawali mnie za człowieka, który zawsze panuje nad swoimi emocjami. Wyszedłem z samochodziku, kiedy odezwała się moja komórka. Nigdy w życiu nie spodziewałbym się tego od kogo była wiadomość ani jaką treść mogła zawierać. Postanowiłem odczytać ją od razu. Miałem przeczucie, że nie ma w niej nic z czego byłem zadowolony, a moje nerwy były i tak już doszczętnie zniszczone. Poczułem kolejną falę złości. Treść SMS'a brzmiała:
"Percy strasznie mi przykro, ale nie mogę pojawić się na twoich urodzinach. Mój tata miał wypadek samochodowy, a ja muszę się nim zająć dopóki nie wróci do zdrowia. Naprawdę bardzo mi przykro, mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe. Twoja najlepsza przyjaciółka Annabeth."
Znajomi przypatrywali mi się w milczeniu zastanawiając się co takiego zawierał SMS. Czułem jak moja twarz tężeje i z wyrazu opanowania nie zostaje już nic. Nie wytrzymałem i wydarłem się na całe gardło.
- KURWA!!!!!! - czy to mógł być gorszy dzień? Otóż nie.
- Co się stało Percy? - zapytała Hazel. Od razu kiedy na nią popatrzyłem wyraz mojej twarzy złagodniał.
- Na urodzinach nie pojawią się dwie osoby - warknąłem -Nie będzie Alice i... - zrobiłem krótką przerwę - Annabeth. Jej tata miał wypadek samochodowy.
Miny Nica i Hazel wyrażały zrozumienie, a Josh'a i Clairy pytanie. Nie byłem w stanie nic powiedzieć. Po prostu opadłem na podłogę i oparłem się o filar. Zamiast mnie na pytające spojrzenia zdołała odpowiedzieć Hazel.
- Annabeth to nasza przyjaciółka. Mieszka w San Francisco. Widują się tylko raz do roku na dwa miesiące. Kiedy oboje wyjeżdżają do takiego letniego obozu. W tym roku Annabeth postanowiła, że nie jedzie więc Percy też został tutaj. Jedyną szansą na spotkanie w tym roku były urodziny Percy'ego. Josh sam dobrze wie, że mieli być wszyscy nasi najlepsi przyjaciele. Wiecie takie grupowe spotkanie. Teraz Ann nie może przyjechać -powiedziała - a mnie się wydaje, że dla Percy'ego to był najważniejszy cel tej imprezy. - dodała już prawie niesłyszalnie.
- Hazel ma racje. - dokończył Nico - Kiedyś Percy nigdy nie wyprawiał urodzin. Zawsze najpierw wszyscy odpalaliśmy świeczki na torcie, a później razem z Annabeth zaszywali się gdzieś. Nigdy nikt ich nie znalazł. - zakończył na dobre swoją wypowiedź.
Nie mogłem już dłużej tego słuchać. Podniosłem się na nogi. Wziąłem z podłogi telefon, a raczej jego części, ponieważ w nerwach rzuciłem nim o podłogę. Zwartym krokiem ruszyłem w stronę domu. Nie czekałem na Nica i Hazel. Wiedziałem, że znają drogę do domu.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Witam!
Dziś kolejny rozdział naszego Percabeth. Szczerze? Wkurzała mnie już Alice.
Dzięki za uwagę i pa!! CZYTASZ=KOMENTUJESZ!!!
/Chmurka
czwartek, 21 kwietnia 2016
Rozdział 4
Percy
Tymi osobami byli Nico Di Angelo i Hazel Lavesque. Na brodę Zeusa co oni tutaj robią? Kiedy tylko otrząsnąłem się z pierwszego szoku powiedziałem:
- Hazel, Nico co wy tu robicie jeśli mogę wiedzieć? - uśmiechnąłem się do nich promiennie.
- Hej, Percy! - Nico prawie wykrzyknął te słowa - Lepiej ci już? Te Ogary naprawdę poważnie cię pokiereszowały. Zjawiliśmy się z Hazel w samą porę.
Na jego słowa ja tylko cicho westchnąłem.
- Tak masz racje pokiereszowały, ale czuje się już lepiej. Myślałem, że uda mi się pokonać wszystkie pięć, ale niestety podołałem tylko dwóm - mimo, że czułem się już lepiej to nadal mój głos był zmarnowany.
- Było ich więcej?! My z Nico ledwo pokonaliśmy pozostałe trzy, a ty nam mówisz, że pokonałeś dwa całkiem sam?- gwałtowna reakcja Hazel wywołała tylko cichy i zduszony śmiech Nica.
- No tak. Co miałem innego zrobić? Nie mogłem przedostać się do domu bo zastawiły wejście do drzwi.
- Dobrze zakończmy tę sprawę. Jeśli chcecie możecie zostać z Percy'm jeszcze chwilę, tylko nie męczcie go już pytaniami. Jasne?? - zawyrokowała mama.
- Tak pani Jackson - powiedziały chórem dzieci Hadesa/Plutona co w ich przypadku wyglądało dziwnie komicznie - Nie będziemy zadręczać Percy'ego pytaniami - dokończyła wypowiedź już sama Hazel.
- W porządku. Zaraz przyniosę wam jakieś kanapki - odpowiedziała mama i wyszła do kuchni, zostawiając nas samych.
Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że mam na sobie wczorajsze ciuchy, ale postanowiłem, że przebiorę się za chwilę.
- Jak długo byłem nieprzytomny?? - zapytałem już pewniejszym głosem.
- Jakieś dwa dni. Przez chwilę myśleliśmy, że już się nie obudzisz - odparł Nico i jakby trochę zmarkotniał.
- Fajnie czyli dzisiaj jest już 2 sierpnia jeśli się nie mylę, prawda?
- Zgadza się. Miałeś szczęście, że akurat wybieraliśmy się do ciebie z wizytą. Mamy ci do przekazania kilka informacji - znowu odezwała się Hazel - Więc tak... - lecz nie zdążyła dokończyć bo jej przerwałem.
- Nie zaczyna się zdania od "Więc" - wiem, że poprawianie jej było zbędne, ale miałem ochotę kogoś poprawić.
- Dobrze. Pierwsza informacja dotyczy pewnej misji z obozu. Zostanie ona przydzielona tobie i jeszcze jednej osobie. Wszystkie szczegóły poznasz podczas swojej imprezy urodzinowej - tak Hazel i Nico byli zaproszeni.
- Po drugie - kontynuował Nico - Zostajemy tuta z tobą, aż do końca wakacji. Chejron zarządził, że podczas pobytu poza obozem powinniśmy poruszać się w małych 2 lub 3-trzy osobowych grupkach, ponieważ potwory wykazują większą aktywność w ostatnim czasie. To dlatego przed twoim domem pojawiło się, aż pięć Piekielnych Ogarów.
Zostają ze mną przez resztę wakacji. Fajnie. Poznają moich znajomych i pomogą mi w przyjęciu.
- Co na to moja mama?? Wie o wszystkim czy dopiero macie zamiar jej powiedzieć?? - zapytałem.
- Twoja mama o wszystkim jest już poinformowana. Będziemy mieszkać w waszym domu w pokoju gościnnym. Mam nadzieję, że nie jesteś zły?? - Powiedziała bez chwili oddechu Hazel.
- Nie to świetnie. Fajnie mieć obok kogoś kto wie o wszystkim i nie trzeba się przed nim ukrywać - odparłem z uśmiechem.
- Przecież twoja mama też o wszystkim wie - wypalił Nico.
- No niby tak ale wy siedzicie w tym tak samo jak ja. Wiecie dokładnie jak to jest, mama może się tylko domyślać - bąknąłem.
-Co prawda to prawda.
- Ok. To my cię tutaj zostawiamy, a ty się ogarnij. Był tutaj twój przyjaciel. Josh jeśli się nie mylę. Powiedział, że dzisiaj chcę się z tobą spotkać w parku i z resztą. Tak to dokładnie ujął - na twarzy Hazel dostrzegłem jakby cień smutku.
No tak pewnie myśli, że ja wyjdę i zostawię ich samych. Nie ma szans. Idą ze mną i poznają moich przyjaciół.
- Pójdziecie ze mną? Oczywiście jeśli macie ochotę - zapytałem nieśmiało.
- Oczywiście!! - wykrzyknęła Hazel, ale po chwili się opanowała i już spokojniejszym głosem powiedziała - To znaczy... tak, jasne jeśli chcesz.
Uśmiechnąłem się do siebie w duchu. Wiedziałem, że Hazel jest bardzo otwartą osobą i uwielbia zawierać nowe znajomości. Kiedy wyszli z pokoju ostrożnie wstałem (o dziwo już bez bólu głowy) i podszedłem do szafy z ubraniami, z której wyjąłem luźną koszulkę, jeans'owe spodenki do kolan i moje ulubione trampki. Wziąłem ciuchy i poszedłem pod prysznic. Po 5 minutach kiedy byłem już gotowy, wszedłem do kuchni i usiadłem przy stole. Wszyscy jedli w ciszy. Nikomu nie przeszkadzało to, że jest cicho. To była jedna z tych cisz przy której każdy pogrąża się w myślach. Podczas jedzenia dostałem wiadomość od Josh'a. Mieliśmy się spotkać dokładnie za godzinę w parku, tam gdzie zawsze. W tym czasie postanowiliśmy wraz z Nico i Hazel pójść na lody. Wiem, że to dziecinne, ale z niektórych nawyków się nie wyrasta. Wstałem od stołu i wszedłem do pokoju po Orkan. Ponieważ lodziarnia była niedaleko od domu po niecałych 2 minutach drogi byliśmy na miejscu. Ja kupiłem dla siebie 2 gałki lodów czekoladowych i jedną waniliowych. Nico 2 cytrynowe, a Hazel 3 truskawkowe. Zapłaciliśmy za nasze zamówienia i powolnym krokiem udaliśmy się do parku gdzie mieliśmy spotkać znajomych. Zostało nam pół godziny więc kiedy po 20 minutach dotarliśmy na miejsce nikogo nie zastaliśmy. Poczekaliśmy kilka minut i pojawiła się Clairy, późnej Josh a na samym końcu Alice.
Najpierw sam przywitałem się ze wszystkimi, ale widząc pytające spojrzenia przyjaciół przypomniałem sobie, że jeszcze ich sobie nie przedstawiłem.
- Właśnie. Zapomniałem was przedstawić. - zacząłem - Josh, Alice, Clairy to są Nico oraz Hazel. Nico, Hazel to są Josh, Alice i Clairy.- patrzylem na nich niezbyt pewnie , tak jakby mieli zaraz skoczyć sobie do gardeł. Co mnie zdziwiło pierwszy odezwał się Nico.
- Cześć. Więc ja jestem Nico i jestem kuzynem Percy'ego - w wypowiedź Nico wtrąciła się niespodziewanie Hazel - A ja jestem jak już wiecie Hazel i jestem kuzynką Percy'ego. - posłała w stronę Josh'a promienny uśmiech.
On go odwzajemnił co jeszcze bardziej mnie zaskoczyło.
- Miło was poznać. Percy nigdy nie wspominał, że ma kuzynkę.... I kuzyna rzecz jasna. - na Zeusa!! Czy mi się wydaje czy Josh się właśnie rumienił?!
Po tym komentarzu ze strony Josh'a zapadła cisza, którą postanowiłem przerwać.
- Tak masz rację nie wspominałem, że mam kuzynkę i kuzyna , ale teraz już wiecie. Kolejna wiadomość jest taka, że Nico i Hazel zostają u mnie do końca wakacji. Mam nadzieje, że nie będziecie mieć nic przeciwko jeśli przyłączą się do naszej paczki? - powiedziałem na jednym wydechu.
- Oczywiście, że nie. Chętnie lepiej ich poznamy - tym razem odezwała się Clairy - zwłaszcza Josh - mruknęła ledwo dosłyszalnie.
Przez chwilę zastanawiałem się jakie mamy plany na dzisiaj. Kiedy już miałem zaproponować basen odezwał się Nico.
- Mam pomysł! Może zamiast tak tutaj sterczeć, pójdziemy na
go-karty? - widac, że Nico ożywił się kiedy usłyszał pomruki zgody ze strony naszych towarzyszy.
Wszyscy ruszyliśmy w stronę budynku, w którym można było pojeździć. Było nas trochę sporo więc Hazel zajęła jeden z samochodzików do niej prawie od razu dosiadł się Josh. Nico zajął kolejny, a wraz z nim usiadła Clairy. Na końcu toru dostrzegłem jeszcze jeden samochodzik wiec od razu poszedłem w jego stronę. Kiedy wygodnie usiadłem dosiadła się do mnie Alice. No tak wszyscy z kimś usiedli a ona została sama razem ze mną. Posłałem w ich stronę spojrzenie bazyliszka. Uwierzcie mi na słowo, że gdyby spojrzenie mogło zabijać to w sali byłyby teraz cztery trupy. Kiedy Hazel i Josh pochwycili moje spojrzenie, niby ukradkiem zerkneli na siebie i wybuchneli gromkim śmiechem. Na ten widok wszyscy spojrzeli się na nich, a kąciki ich ust podniosły się nieznacznie. Wygląda na to, że mają bardzo podobne poczucie humoru. Znalazło się dwoje żartownisiów od siedmiu boleści. Złapałem się tylko za głowę w akcie załamania. Widzac, że nie mam żadnego wyjścia zacząłem naciskać powoli pedał gazu i ruszylem wzdłuż toru.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Cześć! Tak to ja już drugi raz w tak krótkim czasie. Ze względu, że dziś niespodziewanie pojawiła się przypływ weny pojawił się ten rozdział. Jest chyba najdłuższy do tej pory i jestem z niego zadowolona. Życzę miłego czytania! CZYTASZ=KOMENTUJESZ!!
/Chmurka
Tymi osobami byli Nico Di Angelo i Hazel Lavesque. Na brodę Zeusa co oni tutaj robią? Kiedy tylko otrząsnąłem się z pierwszego szoku powiedziałem:
- Hazel, Nico co wy tu robicie jeśli mogę wiedzieć? - uśmiechnąłem się do nich promiennie.
- Hej, Percy! - Nico prawie wykrzyknął te słowa - Lepiej ci już? Te Ogary naprawdę poważnie cię pokiereszowały. Zjawiliśmy się z Hazel w samą porę.
Na jego słowa ja tylko cicho westchnąłem.
- Tak masz racje pokiereszowały, ale czuje się już lepiej. Myślałem, że uda mi się pokonać wszystkie pięć, ale niestety podołałem tylko dwóm - mimo, że czułem się już lepiej to nadal mój głos był zmarnowany.
- Było ich więcej?! My z Nico ledwo pokonaliśmy pozostałe trzy, a ty nam mówisz, że pokonałeś dwa całkiem sam?- gwałtowna reakcja Hazel wywołała tylko cichy i zduszony śmiech Nica.
- No tak. Co miałem innego zrobić? Nie mogłem przedostać się do domu bo zastawiły wejście do drzwi.
- Dobrze zakończmy tę sprawę. Jeśli chcecie możecie zostać z Percy'm jeszcze chwilę, tylko nie męczcie go już pytaniami. Jasne?? - zawyrokowała mama.
- Tak pani Jackson - powiedziały chórem dzieci Hadesa/Plutona co w ich przypadku wyglądało dziwnie komicznie - Nie będziemy zadręczać Percy'ego pytaniami - dokończyła wypowiedź już sama Hazel.
- W porządku. Zaraz przyniosę wam jakieś kanapki - odpowiedziała mama i wyszła do kuchni, zostawiając nas samych.
Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że mam na sobie wczorajsze ciuchy, ale postanowiłem, że przebiorę się za chwilę.
- Jak długo byłem nieprzytomny?? - zapytałem już pewniejszym głosem.
- Jakieś dwa dni. Przez chwilę myśleliśmy, że już się nie obudzisz - odparł Nico i jakby trochę zmarkotniał.
- Fajnie czyli dzisiaj jest już 2 sierpnia jeśli się nie mylę, prawda?
- Zgadza się. Miałeś szczęście, że akurat wybieraliśmy się do ciebie z wizytą. Mamy ci do przekazania kilka informacji - znowu odezwała się Hazel - Więc tak... - lecz nie zdążyła dokończyć bo jej przerwałem.
- Nie zaczyna się zdania od "Więc" - wiem, że poprawianie jej było zbędne, ale miałem ochotę kogoś poprawić.
- Dobrze. Pierwsza informacja dotyczy pewnej misji z obozu. Zostanie ona przydzielona tobie i jeszcze jednej osobie. Wszystkie szczegóły poznasz podczas swojej imprezy urodzinowej - tak Hazel i Nico byli zaproszeni.
- Po drugie - kontynuował Nico - Zostajemy tuta z tobą, aż do końca wakacji. Chejron zarządził, że podczas pobytu poza obozem powinniśmy poruszać się w małych 2 lub 3-trzy osobowych grupkach, ponieważ potwory wykazują większą aktywność w ostatnim czasie. To dlatego przed twoim domem pojawiło się, aż pięć Piekielnych Ogarów.
Zostają ze mną przez resztę wakacji. Fajnie. Poznają moich znajomych i pomogą mi w przyjęciu.
- Co na to moja mama?? Wie o wszystkim czy dopiero macie zamiar jej powiedzieć?? - zapytałem.
- Twoja mama o wszystkim jest już poinformowana. Będziemy mieszkać w waszym domu w pokoju gościnnym. Mam nadzieję, że nie jesteś zły?? - Powiedziała bez chwili oddechu Hazel.
- Nie to świetnie. Fajnie mieć obok kogoś kto wie o wszystkim i nie trzeba się przed nim ukrywać - odparłem z uśmiechem.
- Przecież twoja mama też o wszystkim wie - wypalił Nico.
- No niby tak ale wy siedzicie w tym tak samo jak ja. Wiecie dokładnie jak to jest, mama może się tylko domyślać - bąknąłem.
-Co prawda to prawda.
- Ok. To my cię tutaj zostawiamy, a ty się ogarnij. Był tutaj twój przyjaciel. Josh jeśli się nie mylę. Powiedział, że dzisiaj chcę się z tobą spotkać w parku i z resztą. Tak to dokładnie ujął - na twarzy Hazel dostrzegłem jakby cień smutku.
No tak pewnie myśli, że ja wyjdę i zostawię ich samych. Nie ma szans. Idą ze mną i poznają moich przyjaciół.
- Pójdziecie ze mną? Oczywiście jeśli macie ochotę - zapytałem nieśmiało.
- Oczywiście!! - wykrzyknęła Hazel, ale po chwili się opanowała i już spokojniejszym głosem powiedziała - To znaczy... tak, jasne jeśli chcesz.
Uśmiechnąłem się do siebie w duchu. Wiedziałem, że Hazel jest bardzo otwartą osobą i uwielbia zawierać nowe znajomości. Kiedy wyszli z pokoju ostrożnie wstałem (o dziwo już bez bólu głowy) i podszedłem do szafy z ubraniami, z której wyjąłem luźną koszulkę, jeans'owe spodenki do kolan i moje ulubione trampki. Wziąłem ciuchy i poszedłem pod prysznic. Po 5 minutach kiedy byłem już gotowy, wszedłem do kuchni i usiadłem przy stole. Wszyscy jedli w ciszy. Nikomu nie przeszkadzało to, że jest cicho. To była jedna z tych cisz przy której każdy pogrąża się w myślach. Podczas jedzenia dostałem wiadomość od Josh'a. Mieliśmy się spotkać dokładnie za godzinę w parku, tam gdzie zawsze. W tym czasie postanowiliśmy wraz z Nico i Hazel pójść na lody. Wiem, że to dziecinne, ale z niektórych nawyków się nie wyrasta. Wstałem od stołu i wszedłem do pokoju po Orkan. Ponieważ lodziarnia była niedaleko od domu po niecałych 2 minutach drogi byliśmy na miejscu. Ja kupiłem dla siebie 2 gałki lodów czekoladowych i jedną waniliowych. Nico 2 cytrynowe, a Hazel 3 truskawkowe. Zapłaciliśmy za nasze zamówienia i powolnym krokiem udaliśmy się do parku gdzie mieliśmy spotkać znajomych. Zostało nam pół godziny więc kiedy po 20 minutach dotarliśmy na miejsce nikogo nie zastaliśmy. Poczekaliśmy kilka minut i pojawiła się Clairy, późnej Josh a na samym końcu Alice.
Najpierw sam przywitałem się ze wszystkimi, ale widząc pytające spojrzenia przyjaciół przypomniałem sobie, że jeszcze ich sobie nie przedstawiłem.
- Właśnie. Zapomniałem was przedstawić. - zacząłem - Josh, Alice, Clairy to są Nico oraz Hazel. Nico, Hazel to są Josh, Alice i Clairy.- patrzylem na nich niezbyt pewnie , tak jakby mieli zaraz skoczyć sobie do gardeł. Co mnie zdziwiło pierwszy odezwał się Nico.
- Cześć. Więc ja jestem Nico i jestem kuzynem Percy'ego - w wypowiedź Nico wtrąciła się niespodziewanie Hazel - A ja jestem jak już wiecie Hazel i jestem kuzynką Percy'ego. - posłała w stronę Josh'a promienny uśmiech.
On go odwzajemnił co jeszcze bardziej mnie zaskoczyło.
- Miło was poznać. Percy nigdy nie wspominał, że ma kuzynkę.... I kuzyna rzecz jasna. - na Zeusa!! Czy mi się wydaje czy Josh się właśnie rumienił?!
Po tym komentarzu ze strony Josh'a zapadła cisza, którą postanowiłem przerwać.
- Tak masz rację nie wspominałem, że mam kuzynkę i kuzyna , ale teraz już wiecie. Kolejna wiadomość jest taka, że Nico i Hazel zostają u mnie do końca wakacji. Mam nadzieje, że nie będziecie mieć nic przeciwko jeśli przyłączą się do naszej paczki? - powiedziałem na jednym wydechu.
- Oczywiście, że nie. Chętnie lepiej ich poznamy - tym razem odezwała się Clairy - zwłaszcza Josh - mruknęła ledwo dosłyszalnie.
Przez chwilę zastanawiałem się jakie mamy plany na dzisiaj. Kiedy już miałem zaproponować basen odezwał się Nico.
- Mam pomysł! Może zamiast tak tutaj sterczeć, pójdziemy na
go-karty? - widac, że Nico ożywił się kiedy usłyszał pomruki zgody ze strony naszych towarzyszy.
Wszyscy ruszyliśmy w stronę budynku, w którym można było pojeździć. Było nas trochę sporo więc Hazel zajęła jeden z samochodzików do niej prawie od razu dosiadł się Josh. Nico zajął kolejny, a wraz z nim usiadła Clairy. Na końcu toru dostrzegłem jeszcze jeden samochodzik wiec od razu poszedłem w jego stronę. Kiedy wygodnie usiadłem dosiadła się do mnie Alice. No tak wszyscy z kimś usiedli a ona została sama razem ze mną. Posłałem w ich stronę spojrzenie bazyliszka. Uwierzcie mi na słowo, że gdyby spojrzenie mogło zabijać to w sali byłyby teraz cztery trupy. Kiedy Hazel i Josh pochwycili moje spojrzenie, niby ukradkiem zerkneli na siebie i wybuchneli gromkim śmiechem. Na ten widok wszyscy spojrzeli się na nich, a kąciki ich ust podniosły się nieznacznie. Wygląda na to, że mają bardzo podobne poczucie humoru. Znalazło się dwoje żartownisiów od siedmiu boleści. Złapałem się tylko za głowę w akcie załamania. Widzac, że nie mam żadnego wyjścia zacząłem naciskać powoli pedał gazu i ruszylem wzdłuż toru.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Cześć! Tak to ja już drugi raz w tak krótkim czasie. Ze względu, że dziś niespodziewanie pojawiła się przypływ weny pojawił się ten rozdział. Jest chyba najdłuższy do tej pory i jestem z niego zadowolona. Życzę miłego czytania! CZYTASZ=KOMENTUJESZ!!
/Chmurka
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)






