czwartek, 5 maja 2016

Rozdział 12

Percy
Annabeth porzuciła monetę do góry. Zamknąłem oczy. W moim sercu  zrodziła się ogromna nadzieja, że wypadnie włócznia. Jak bardzo byłem naiwny. Po ponownym otworzeniu oczu ujrzałem długi jak mój własny, lecz wykonany był z pięknego cesarskiego złota. Przeklinałem się w duchu za moją głupotę. Mogłem się powstrzymać i nie oblewać jej wodą.
- Spójrzcie tylko - głos Ann ociekał ironią - nasz Persiaczek ma pietra.
Miałem  cholernego pietra. Każdy normalny człowiek by miał. Annabeth jest naprawdę świetna w szermierce. 
- Wcale nie mam pietra. - odparłem szybko.
Przecierz moja duma nie mogła ucierpieć.
- To dlaczego jeszcze siedzisz? - nie dawała za wygraną.
- Właśnie zastanawiam się czy dać ci fory. - odparłem złośliwie.
- Nigdy. - ogień znowu zapłonął.
- Nie ułatwiasz niczego. Wiesz o tym? - zapytałem.
- Pamiętasz co powiedziałam ci w twoje 16 urodziny?
Pokiwałem przecząco głową.
- Więc ci przypomnę. Nigdy, ale to nigdy nie będę ci niczego ułatwiać.
No tak było coś takiego. Coś tam mi świta, ale nieważne.
Sięgnąłem do kieszeni po długopis i odetkałem go. W mojej dłoni również zalśniło ostrze. Wykonałem zachęcający do walki obrót !ieszem w dłoni. Blondynka tylko się to mnie usmiechnęła.
W następnej chwili już atakowała. Wykonała obrót wokół własnej osi, lekko przykucając na kolanach, tak żeby mnie podciąć. Wymierzyłem do góry. Kiedy była pochylona wymierzyłem cios w plecy. Niestety . Przeturlała się po podłodze. Otrzepała się z niewidzialnego kurzu i stanęła na nogi.
Wszyscy przyglądali się tej scenie. Jedni z podziwem inni z uśmiechem na ustach, a jeszcze inni przerażeniem jakbyśmy się mieli pozabijać. Nie wiadomo kiedy dziewczyna znalazła się za moimi plecami o wymierzyła mi kopniaka w zgięcie kolana. Runąłem jak długi i przetoczyłem się przez pokój. Wstałem i wręcz podbiegłem do dziewczyny. Zmyliłem ją udawając, że chce zaatakować jej prawy bok, a tak naprawdę zamachnąłem się z całej siły bronią i podciąłem jej nogi. Teraz to ona leżała jak długa. Podszedłem do niej i wbiłem koniec miecza w podłogę tuż obok jej głowy. Drgnęła.
Podałem jej rękę żeby pomóc dziewczynie wstać. Stanęła do mnie tyłem. Chciałem się z nią trochę podroczyć więc Podszedłem do niej i od tyłu przytuliłem przykładając jej miecz do krtani. 
- Nie wiesz, że nigdy nie staje się do wroga tyłem? - zadrwiłem i opuściłem ostrze nadal tuląc dziewczynę.
Nie mrugnąłem, a ona obróciła się przyparła mnie do ściany i uderzyła rękojeścią miecza w ścianę obok mojej głowy. Najwyraźniej nie chciała pocharatać mi ścian.
Ogień w jej oczach przybrał na sile.
- A ty nie pamiętasz żeby nigdy nie tracić czujności, bo możesz mieć kuku? - tym razem to z jej ust wyrwała się drwina.
Cholera, znowu dałem się zrobić w balona. Na jej nieszczęście to jeszcze nie koniec.
- Okej. Wygralaś, masz racje, a teraz możesz mnie już puścić.
Przez chwilę wyglądała jakby się zawiesiła, lecz zaraz odzyskała myślenie.
- Co? - zdziwienie błąkało się w jej oczach - Tak szybko? - o! Zmiana teraz jest już niezadowolona - dopiero się rozkręcam.
Zrobiła minę smutnego psiaka. Boże co się ze mną dzieje. Wystarczy, że na mnie spojrzy i miękne. Odzyskałem możność mowy.
Pobawimy się w jej grę.
- Cóż, chciałbym kontynuować tę szampańską zabawę, ale jak już  pewnie zauważyłaś jestem przyparty do muru. - stwierdzam , że powinienem zostać aktorem. 
Blondynka powoli, z czujnym wzrokiem  opuszcza rękę, którą chwile temu przypierała mnie do ściany. Później drugą, w której trzymała miecz. Ostrożnie się odsunęła i obserwowała co zrobię. Szczerze przyznam, że byłem wyczerpany więc podszedłem do kranu i włożyłem rękę pod wodę. Poczułem przypływ energii kiedy strumień chłodnej wody obmywał mi palce. Gestem reki przywołałem Ann.
Kiedy do mnie podeszła złapałem ją za dłoń o włożyłem nasze splecione dłonie pod kran. W ten sposób i Annabeth przybyło energii a drobne zadrapania zniknęły. Wyszedłem na środek pokoju ponownie chwytając za miecz. Nie musiałem zachęcać mojej dziewczyny do walki. Nim się obejrzałem już na mnie napierała.
Nasze miecze się skrzyżowały, wykreciłem rękę i jej miecz znalazł skierowany czubkiem w podłogę. Jakimś cudem wyzwoliła swój miecz i uderzyła rękojeścią miecza w zgięcie łokcia. Miecz wypadł mi z ręki. Nie było czasu żeby go podnieść więc teraz walczyłem wręcz. Kiedy wymierzała ostateczny cios złapałem ją za nadgarstek, unieruchamiając rękę. Miecz blondynki również spadł na ziemie. Odkopnąłem go jak najdalej się dało. Nadal trzymając jej rękę złapałem ja w pasie i przeżuciłem sobie przez ramię. Miałem zamiar zejść z nią na dół i tam zakończyć spór. Byłem już przy łóżku, a Ann oplotła mi szyje swoimi długimi nogami. Wykreciła się tak, ze siedziała mi na ramionach. W akcie zdziwienia straciłem równowagę i razem runeliśmy na łóżko. Popatrzyliśmy na siebie i wybuchneliśmy śmiechem. Annabeth położyła mi głowę na klatce piersiowej. Westchneła cichutko, po czym spytała...



~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Witajcie młodzi herosi!
Jak wam się udał powrót do szkoły po majówce?
Gdzieś wyjeżdżaliście?
Oto dla was kolejny rozdział. Zapraszam do czytania.

/Chmurka

wtorek, 3 maja 2016

Rozdział 11

Annabeth 
Obudziłam się w dziwnym pokoju. Chociaż nie. Sam pokój nie był dziwny. Ładnie urządzony, na jednej ze ścian ogromna fototapeta przedstawiająca plaże nad oceanem. Ściany w odcieniach bieli, szarości i błękitu. Wielkie dwuosobowe łóżko, które było tak wygodne, że nie chciało się z niego wychodzić.
Zaspana przetarłam oczy nadgarstkiem. Wspomnienia wróciły ze zdwojoną siłą. Atena, Posejdon, Percy walczący z Ateną. Oraz jedno. Najwyraźniejsze z nich wszystkich. Przeszywający ból, jakby ktoś wbijał ci tysiące gwoździ w całe ciało. Nie byłam w stanie uwierzyć jak własna matka, którą całe życie uważałam za autorytet zrobiła to co zrobiła. Do tego z tak błahego powodu. Bo przecież jej córka nie może się spotykać z dzieckiem Posejdona. Ta zniewaga krwi wymaga! Jej mała (duża) córeczka brata się z wrogiem.
Nawet nie zwróciłam uwagi, a z moich oczu popłynęły strużki słonych kropli.

Percy
Stukot kopyt Chejrona otrzeźwił mnie całkowicie. Tak jak obiecał pojawił się w dzień urodzin. No ale to przecież Chejron on zawsze dotrzymuje obietnic. Swoją drogą ciekawe co za misje ma dla nas.
- Witajcie. Percy wiesz, chyba, że pojawism się tutaj aby ogłosić cel misji, którą zleciłem tobie i jednemu z twoich znajomych tu obecnych- Jego donośny głos echem roznosił się w ogrodzie.
- Dzień dobry Chejronie. Miło cię znowu zobaczyć. - uśmiechnąłem się do Centaura.
Niestety mój rozmówca chyba nie podzielał mojego humoru. Na jego twarzy nadal gościła powaga.
- Słyszałem, że mieliście gości. - zaczął - wiem też, co stało się z Annabeth. Gdzie ona jest? Chciałbym sprawdzić czy nic jej nie dolega.
- Jest w moim pokoju. Jest raczej w dobrym stanie fizycznym, ja bardziej martwię się o jej psychikę - odparłem ze smutkiem w głosie - Mimo tego zaprowadzę cię do niej. Będę się pewniej czuł kiedy ty wydasz opinie.
Ruszyłem w stronę domu dając zapraszający gest w stronę Chejrona. Podszedł do mnie, a za nim jeszcze nasi znajomi. Wszyscy chociaż nie jestem pewien czy to dobry pomysł, ale Centaur nie powiedział słowa sprzeciwu więc siedziałem cicho.
Wspinając się po schodach na górę przystanąłem. Wsłuchiwałem się przez chwilę w cisze i usłyszałem szloch. Ktoś płakał, tylko kto?
Użalając się nad swoją głupotą dałem sobie w myślach plaskacza w czoło.
Percy, boże człowieku przecież to Annabeth pewnie się obudziła. Bez chwili zastanowienia ruszyłem w te pędy, potykając się o dywanik rozłożony na schodach. Nie mrugnąłem, a już leżałem wyciągnięty jak długi na ziemi. Szybko wstałem i kontynuowałem swój szaleńczy bieg.
Będąc pod drzwiami pokoju zatrzymałem się i lekko je uchyliłem. Zajrzałem do środka. Moja Ann'ie siedziała z kolanami podkulonymi pod brodą na łóżku, a z jej oczu hektolitrami wylewały się łzy. Czułem, że wszyscy już są za mną. Nie czekając chwili dłużej wszedłem do pokoju i usiadłem na łóżku obok zapłakanej dziewczyny.
Ta kiedy tylko podniosła na mnie mętny wzrok, od razu wtuliła się we mnie, mocząc łzami moją koszulkę.  
- Hej. Wszystko w porządku? - szepnąłem jej do ucha.
Nie odpowiedziała mi tylko poruszała głową w górę i w dół dając niemą odpowiedź - Tak.
- Ej, nie płacz - zagadnąłem - przejdziemy przez to razem. Hm?? 
Kolejne potwierdzające skinienie.
- Przepraszam - wyszeptała po raz pierwszy podczas naszej rozmowy.
- Za co mnie przepraszasz? - nie ukrywałem zdziwienia.
- Za koszulkę - wychrypiała.
Osunąłem ją delikatnie od siebie. Po czym oddałem się atakowi śmiechu.
- I z czego się śmiejesz kretynie? - powiedziała zirytowana Ann.
- Bo... haha... masz tysiące... haha... problemów...haha... a przepraszasz mnie... haha... za poplamienie... koszulki... haha... łzami. - nie mogłem przestać się śmiać.
- Haha, no bardzo zabawne. - burknęła obrażona.
Spojrzałem na nią z chęcią przeprosin ale gdy tylko to zrobiłem, jak na zawołanie znowu zacząłem się śmiać jak debil. Ale w końcu mam glony zamiast mózgu. Po takich ludziach jak ja nigdy nie wiadomo czego się spodziewać.
- Kretyn - burknęła pod nosem dziewczyna patrząc na mnie z pobłażaniem.
O nie! Od kretynów nie będzie mnie wyzywać. Natychmiast przestałem się śmiać. W mojej głowie już pojawił się plan działania. W stronę niczego się niespodziewającej dziewczyny poleciał strumień zimnej wody, pobranej z pobliskiego kranu.
Podczas wodnego ataku przymknęła oczy. Kiedy je otworzyła, zdecydowanie wolałem żeby zamknęła je z powrotem. Płynął w nich ogień.
Rzecz jasna nadal miały swój szary kolor, ale z dodatkiem czegoś.
Z dodatkiem zemsty. Przy tych oczach to się nawet Nemezis chowa. Spojrzenie blondynki przeniosło się na mnie. Na jej ustach błąkał się delikatny uśmieszek.
O dziwo nawet się do mnie nie zbliżyła (na razie). Wstała z łóżka i z uśmiechem na twarzy podeszła do Thali. To nie jest normalne ona coś musi kombinować. 
- Thalia! - wykrzyknęła - Jak dobrze, że tutaj jesteś. Masz może tą swoją monetę?? 
- Oczywiście, jak zawsze. Ale dlaczego pytasz? - odparła Thalia.
- Mogłabyś mi ją na chwilę pożyczyć? Zaraz oddam. - uśmiechnęła się niewinnie.
Cholera, jeśli jest tak jak myślę, a raczej wróżbita Percy zawsze dobrze myśli. To cały mój dobytek zapisuje mamie.
Pewnie spytacie o jaką monetę chodzi? Kiedy Thalia zobaczyła u swojego brata Jasona, monetę która po podrzuceniu zmienia się w miecz lub włócznie, w zależności od tego czy wypada orzeł czy reszka. Obie bronie są wykonane z cesarskiego złota. Też chciała taką mieć.
- Oczywiście. - Thalia podała Ann monetę.
- Dzięki.- odparła dziewczyna - Okej, więc Josh i Clairy. Specjalnie dla was przyspieszony kurs szermierki. W stopniu bardzo zaawansowanym. - uśmiechnęła się chytrze.
Nie! Nie! Nie! Czy ona jest niezniszczalna? Przed chwilą była w totalnej rozsypce, a teraz chce ze mną walczyć. Świetnie! Po prostu świetnie! 
- Nie no ty sobie żartujesz? - zapytałem - Przecież ludzie ze stali nie istnieją!
- A jednak jestem Glonie.



~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Cześć wszystkim!
W pierwszej kolejności dziękuje za wszystkie komentarze pod rozdziałami!
Dla was to tylko chwilka, a kiedy tylko zaczęłam je czytać powróciła chęć do pisania.
Rozdział miał być w czwartek, ale jest dzisiaj. Tak się rozkręciłam, że mała głowa.
Kolejny rozdział jeszcze w tym tygodniu.
Pa!
                                   CZYTASZ=KOMENTUJESZ!!
/Chmurka

Rozdział powstawał przy tej piosence.  
      

poniedziałek, 2 maja 2016

Spis treści

                                                 Lista rozdziałów

                                                           Rozdział 1
                                                           Rozdział 2
                                                           Rozdział 3
                                                           Rozdział 4
                                                           Rozdział 5
                                                           Rozdział 6
                                                           Rozdział 7
                                                           Rozdział 8
                                                           Rozdział 9
                                                           Rozdział 10
                                                           Rozdział 11
                                                           Rozdział 12
                              

piątek, 29 kwietnia 2016

Rozdział 10

Percy
W ogrodzie stał nikt inny jak Atena. A zaraz obok niej kto??
Nie zgadniecie! Mój ojciec, Posejdon stał sobie właśnie z Ateną w moim ogródku. Wiedziałem co to oznacza. Kiedy poczułem mocniejszy uścisk na mojej ręce wiedziałem, że Ann ma pietra. Bała się, ale miała do tego pełne prawo. Rodzice są zapewne wściekli. Bo przecież przyjaźń może jeszcze ale byle by nie więcej bo zabiją.
Było cicho. Przeraźliwie cicho. Wiecie taka cisza przed burzą, takie ciche pikanie przed wybuchem bomby.
- Ojcze. - postanowiłem przerwać ciszę. Przecież nie będę do końca życia przed ojcem uciekał. - Pani Ateno. Co was sprowadza?
- Witaj córko. Witaj Perseuszu. Doskonale zdajesz sobie sprawę co nas tu sprowadza - jej wyniosły ton ani trochę mnie nie onieśmielił.
- Witaj matko. Panie Posejdonie. - tym razem próba Annabeth - Nawet jeżeli Percy wie w związku z czym się tutaj pojawiliście, ja tego nie wiem, a wyrażam chęć poznania tego powodu. - od jej oficjalnego języka miałem papkę w mózgu.
- Pojawiliśmy się tutaj, ponieważ chcemy się dowiedzieć jak długo zamierzacie to ciągnąć. Rozumiem jesteście młodzi. Chcecie spróbować. Szybko się znudzicie, ale my nie mamy zamiaru tego tolerować. Jeśli... 
- Wybacz ojcze, że ci przeszkodzę, ale czy mógłbyś sprecyzować o czym mówisz?? - wpadłem mu w pół słowa.
- Oczywiście o tobie i mojej córce.. Herosie. - ostatnie słowo wypluła jakby to była najgorsza obraza.
- Więc jak już mówiłem...
- Ostrzegam cię ojcze cokolwiek chcesz powiedzieć nie będziesz mi mówił co mam robić - warknąłem i popatrzyłem mu twardo w oczy.
- Owszem będę ci mówił co masz robić. Jesteś moim synem i musisz się mnie słuchać. - odpowiedział Posejdon.
- Masz racje jestem twoim synem a nie pracownikiem żeby być na każdy twój rozkaz.
- Jak się do mnie odnosisz?! Jak śmiesz!? Jestem bogiem ja mogę wszystko! - wykrzyknął.
- Przypominam ci, że bogowie już raz proponowali mi nieśmiertelność, a ja odmówiłem. Po drugie gdyby nie tacy herosi jak my a zwłaszcza ci obecni w tym ogrodzie nie istnielibyście! - teraz ja też krzyczałem. - więc nie śmiej mi rozkazywać z kim mam się spotykać z kim nie!
- Co ty możesz herosie. Masz zostawić moją córkę w spokoju, albo skrzywdzę ją a ty będziesz się o to obwiniał.
- Nie zrobisz tego. Już ja o to zadbam. - odparłem.
- Percy daj spokój z nimi nie wygrasz. - Ann pociągnęła mnie za rękę.
- Nie Ann jeszcze nie skończyłem. Nie będziecie mi mó... - nie dokończyłem. W jednej chwili Annabeth leżała na ziemi wijąc się w spazmach bólu a Atena uparcie się w nią wpatrywała. Zadawała jej tortury siłą umysłu.
- Zostaw ją dobrze ci radzę. 
Nic. Atena jak sobie stała tak sobie stoi.
- Powiedziałem zostaw ją!
BUM! Kran od węża ogrodowego eksplodował. Byłem wściekły, zły, podłamany i kompletnie nie wiedziałem co zrobić.
Nadal zero odzewu. Wiedziałem , że nie odpuści. Była tak uparta jak Ann'ie.
- Czy ty jesteś głucha czy głupia?! Powiedziałem, że masz  ją zostawić do cholery!
Wokoło mnie zebrała się ogromna fala wody. Usłyszałem kilka westchnień.  Atena zaprzestała wpatrywania się w Annabeth. Dziewczyna lekko się uspokoiła, ale była wyczerpana.
Popchnięty impulsem wyciągnąłem z kieszeni długopis. Odetkałem go i w mojej ręce lśnił już długi idealnie wyważony miecz z niebiańskiego spiżu. Ruszyłem w kierunku bogini najpierw chlustając w jej twarz falą. Ojciec nie miał zamiaru pomagać Atenie. Ona też to zauważyła. Po chwili w jej ręce również pojawił się miecz. Wszyscy patrzyli ze zdziwieniem i zainteresowaniem na dalszy przebieg zdarzeń. 
Byłem już po wystarczającą blisko bogini. Wziąłem zamach Orkanem, a ona w porę zdążyła się uchronić przed ciosem. W jej oczach pojawiła się wściekłość wywołana moją odwagą. Chciała się zamachnąć lecz ja miałem co do tego trochę inne plany. Wytrąciłem miecz z jej reki i ująłem go w swoją lewą dłoń. Jedno z ostrzy przyłożyłem z tyłu jej głowy a drugi z przodu, tak że była unieruchomiona. Na twarzy Ateny zapanowało zdezorientowanie. Nie spodziewała się, że pokonam ją w ten sam sposób jak jej córkę.
- Zapamiętaj sobie. Nikt nawet ty czy którykolwiek z Bogów nie będzie bezkarnie krzywdził mnie, moich przyjaciół czy rodziny. Teraz z laski swojej spływajcie. I tak już zepsuliście nam imprezę. - warknąłem tak, że wszyscy w ogrodzie usłyszeli.
Upuściłem miecz u stóp bogini. Po chwili już jej nie było.
Podszedłem do miejsca gdzie teraz siedziała Annabeth. Thalia trochę się nią zajęła więc wyglądała już nieco lepiej.Usiadłem obok, a dziewczyna z całej siły się we mnie wtuliła. Odwzajemniłem uścisk i zamknąłem ją w swoich ramionach.
- Już nic ci nie zrobi. Słyszysz? - szeptałem jej do ucha - Nie pozwolę żeby ktokolwiek zrobił ci krzywdę.
Kołysałem ją lekko w swoich ramionach. Robiła się coraz cięższa. Zasypiała.
- Chcesz pójść do mojego pokoju? - zapytałem delikatnie - Położysz się. Jesteś wyczerpana powinnaś odpocząć.
Wziąłem ją na ręce. Udałem się w stronę domu, a Annabeth już zasypiała w moich ramionach. widziałem pytające spojrzenie przyjaciół więc dałem bezgłośnie znać Thalii, że Ann zasnęła i idę ją położyć. Skinęła tylko głową.
Wszedłem do pokoju po schodach. Jedną ręką zdjąłem wszystkie rzeczy z łóżka. Odłożyłem na nie dziewczynę. Złożyłem na jej czole delikatny pocałunek. Już miałem wychodzić, ale usłyszałem:
- Nie wychodź. - miała bardzo zachrypnięty głos - Chce żebyś został. Proszę.
Bez słowa podszedłem do łóżka i ułożyłem się koło niej. Przytuliłem ją do siebie i delikatnie gładząc ją po plecach czekałem aż zaśnie. 
Za długo się nie naczekałem. Już po jakiś 10 minutach, smacznie spała.
Jak najdelikatniej, tak żeby jej nie obudzić wyswobodziłem się z uścisku. Zamknąłem drzwi pokoju i zszedłem na dół. Czekali na mnie. Usiadłem na ławeczce i ukryłem twarz w dłoniach.
- Wiedziałem, że coś wymyślą, ale nigdy w życiu nie pomyślałbym, że Atena posunie się do czegoś takiego. - wydukałem.
- Myślę, że nikt z nas się tego nie spodziewał. Annabeth była jej ulubioną córką. - pociągnęła dalej Thalia.
- Najwyraźniej była ulubiona tylko dlatego, że uratowała Olimp razem z nami.
- Nie mów tak. - Wtrąciła Hazel.
- Dlaczego? Jestem pewien, że Atena nie zawahałaby się jej zabić gdyby była taka potrzeba. - Złość we mnie wzrastała.
-Nie zrobiłaby tego.
- Zrobiłaby i to tylko dlatego bo jest pokłócona z moim ojcem o jakieś gówno od tysięcy lat!
Usłyszałem stukot kopyt. Do diaska skąd tu stukot kopyt?
Do ogrodu wkroczył Chejron z kołczanem na plecach.   


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Hej!
Sorki, że tyle mnie nie było.
Tym razem również mam dla was rozdział.
Jeśli ktokolwiek to czyta ( w co wątpię) niech da o sobie znak w komentarzu. Krytyka również mile widziana. Jeśli też piszecie jakieś blogi o Percy'm z chęcią wpadnę.
Na razie!
/Chmurka